Kategorie: Wszystkie | Dawno przeczytane | Film | Notki | Składanki | Wycieczki
RSS
czwartek, 15 września 2016
Czwartek 25/08/16 - Marsaxlokk, dzień ostatni

Wyszliśmy z hotelu po dziesiątej. Autobusem pojechaliśmy na południe. Dojechaliśmy do miasteczka Marsaxlokk.

Chcieliśmy sie przejść do pięknej zatoczki na południe od miasteczka, ale myśl o marszu w pełnym słońcu odwiodła nas od tego. Wczoraj się wystarczjąco spaliliśmy na Blue Lagoone. Usiedliśmy i spokojnie wypiliśmy kawkę. W małej restauracyjce zjedliśmy regionalną i sezonową rybkę Lampuki. Potem jednak ciężko nam było się dostać do innego miasteczka.

Najpierw czekaliśmy na autobus, który nie przyjechał. Pojechaliśmy innym, który nas zawiózł na północ. Wysiedliśmy w totalnie opuszczonej okolicy i czekaliśmy na przesiadkę, na autobus, następny spóźniony, następne pół godziny. W końcu przed drugą dojechaliśmy do Marsaskala.

Nie za bardzo było tam warto przyjeżdżać. Wypiliśmy CISKa w typowo dla brytyjskich turystów stworzonym barze i musielimy czekać następne pół godziny na autobus, który nas 40 mintu wiózł do Spinola Bay. Stamtąd krótkim marszem doszliśmy do St. George Bay przed czwartą. 

Kupiliśmy piwka CISK, regionalne znakomitości (pea, cheese, spinach pies) i usiedliśmy w cieniu murka na plaży. Zdecydowałem sie wykąpąć. Woda okazała się bardzo mętna. Typowo komunalna plaża. Zabrudzona zwyczajnie. Za dużo ludzi. Zebraliśmy sie na przechadzkę powrotną do Spinola Bay.

W barze Saddles usiedliśmy na kolejne piwko. Następnie przeszliśmy się wybrzeżem i doszliśmy do Sliema i w barze Plough & Anchor wypiliśmy jeszcze jednego, kolejnego CISKa.

Nadszedł czas posiłku. Poszliśmy więc do naprzeciw kuszącej restauracji Fresco. Zapiekane owoce morza na początek. Potem łosoś z avocado, grzybkami i ryżem, a dla Marty kaczka z makaronem. Do tego butelka białego wina. W trakcie naszego tam biesiadowania zaczęło lać. Totalne urwanie chmury z piorunami. Na szczeście, gdy skończyliśmy jeść, to lać przestało. Również na nasze szczęście nasz stolik był umieszczony pod dachem, w środku, a nie jak w przypadku kilku nieszcześników pod gołym niebem. Nieprzyjemnym jest widzieć jak ci się jedzenie kąpie w deszczu. Wróciliśmy piechotą po dziewiątej. Następnego dnia wylecieliśmy z Malty, z uśmiechem zaopatrując się w regionalne likiery na bazie kaktusowej opuncji.

środa, 14 września 2016
Środa 24/08/16 - Blue Lagoon

O poranku, po dziewiątej, autobusem X1 pojechaiśmy raz jeszcze na północ. Dojechaliśmy do Marfy o jedenastej. Po drodze, w Ghadira musieliśmy sie przesiąść gdyż autobusowi samochód w tył był wjechał. Kupiliśmy bilety na motorówkę i pędem dopłynęliśmy na wyspę Comino, do komercyjnej, ale malowniczej zatoki Blue Lagoon.

Zatrzymaliśmy się na chwikę przy tłumnie zaleganej skalnej plaży, popływaliśmy chwilkę.

Potem, kupując po drodze dwa CISKi umknęliśmy na północ od tłumnego zbegowiska i osiedliliśmy w zaciszu na skałkach. Po godzinie to zacisze też się zagęściło. W międzyczasie skoczyłem po dodatkowe piwka i sałatkę z serem z Gozo. Zjedliśmy, popływaliśmy i ruszyliśmy z powrotem w kierunku łódek. Już mieliśmy wybierać się na powrotny rejs, gdy nagle spotkaliśmy znajomych, z którymi się wstępnie umówiliśmy na Blue Lagoon, a w których przyjazd już zwiątpiliśmy. Usiedliśmy więc z nimi na tłumnie zaleganych skałkach. Uzupełniliśmy zapas CISKów do liczby ośmiu i przetransportowaliśmy na Lazy Bed (rodzaj materaca) wszytkie toboły na drugą stronę, na naprzeciwległą wysepkę Kemmunett. Udało się rzecz jasna.

Siedzieliśmy tam 3 godziny. Co jakiś czas pływaliśmy. Pożyczyłem od kolegi maskę z rurką i nurkowałem przy brzegu, a potem w jaskini głębokiej na 10 metrów przynajmniej, z dnem wyłożonym wielkimi głazami, odłamanymi skałami. Można było "odpłynąć".

O szóstej wróciliśmy łódką, która w drodze powrotnej do Marfy przepływała przez jaskinie wyspy Comino.

Złapaliśmy busa i dojechaliśmy, aż do Spinola Bay, położonej na północnej stronie Sliema. Życie tam pięknie tętniło, życiem kulturalnym, a nie sportowo angielsko pubowym jak w Sliema. Poszliśmy do restauracji Lorenco’s. Tam Marta zamówiła mięsko w winie, a ja mięczaki w muszlach z makaronem. Do tego butelkę białego wina. Siedzieliśmy tam do dziewiątej i wróciliśmy autobusem do hotelu.

wtorek, 13 września 2016
Wtorek 23/08/16 - Mdina i Blue Grotto

Z samego rana pojechaliśmy do Valetty. Wysłaliśmy kartki pocztowe. Zwiedziliśmy St John’s Co-Cathedral.  Najbardziej znana katedra, najbardziej przyozdobiona, z komnatami przydzielonymi na każde ważne państwo dawnych czasów.

Potem pojechaliśmy busem do Mdiny. Przeszliśmy się po starym mieście i na Palazzo Falson usiedliśmy na kawkę i piwko.

Później przeszliśmy na południe, na część Mdiny zwaną Rabat. Przeszliśmy tuż koło katakumb Św. Pawła i dalej Św. Agaty i dalej podziwiając małe skromne uliczki.  

Wracając wstąpiliśmy do sklepu po jedzonko i wylądowaliśmy w parku Gnien Howard zajadając się kozim serem, ośmiorniczkami i oliwkami.

Autobusem 201 tuż przed drugą pojechaliśmy na zachodnie wybrzeże, do Blue Grotto.

Tamteż przepłynęliśmy się łódeczką; opłynęliśmy z przewodnikiem malownicze groty.

Potem popływaliśmy chwilkę w zatoczce. Plaży tam nie ma, tylko kamień, tylko skała, ale woda jest błękitna, przejrzysta.

Poszliśmy na piwko i przed czwartą pojechaliśmy autobusem do hotelu. Przebraliśmy się, umyliśmy się, popływaliśmy w końcu w hotelowym baseniku, ale tylko chwilkę bo akurat deszcz zaczął padać. Po szóstej pojechaliśmy znowu do Valetty. Tamteż w restauracji Ambrozja na Triq L-Arcisqof zjedliśmy obiadek. Soute z sera koziego, potem królik w winie dla Marty i kalmary w chili dla mnie. Do tego zwyczajowo białe wino. Na zakończenie  wieczoru odwiedziliśmy raz jeszcze  GinBar Yard 32 na Strait St. Tym razem zmówiliśmy dżin. Ja z nutką cynamonu z lodem, a Marta z nutką szafranu z tonikiem. Tego wieczoru akurat pewien chłopak wygrywał śpiewając różne miłe uszom covery. Pojechaliśmy potem 13tką do Sliema mając nadzieję na nocne życie, ale objedliśmy sie smakiem odstraszeni typowo angielskimi barami i wróciliśmy na piechotę kupując po drodze piwo i owoce by je spożyć w spokoju pokoju hotelowym.

poniedziałek, 12 września 2016
Poniedziałek 22/08/16 - Paradise Bay i Vittoriosa

Ciężko się spało pierwszego dnia. Pokój mamy przy recepcji, a recepcjonista z wąsem gadał tej nocy sobie z gośćmi do pierwszej rano. O czwartej rano ktoś się wyprowadzał i mimo, że głosu nikt nie podnosił, wszystko było słychać. Ogólnie dziwna sytuacja z portierem z wąsem. Po nocach siedzą koło niego ludzie czekając na taksówkę. Czasem też dziewczyny. Zastanawiałem się czy to nie współpraca z jakąś agencją, bo co to za goście, szczególnie dziewczyny, co tak po nocach taksówkami jeżdżą. Po śniadaniu o dziewiątej rano pojechaliśmy na północ. Dojechaliśmy do Ghadira Bay około dzisiątej. Ruszyliśmy spacerem przez zapuszczony nieco rezerwat.

Skręciliśmy w stronę Czerwonej Wieży o poszliśmy dalej na zachód maszerując po spalonej słońcem drodze.

Potem skęciliśmy na północ i doszliśmy po godzinie marszu do Paradise Bay. Wykąpaliśmy się, poszliśmy na CISKa i ruszyliśmy dalej popijając kupiony świeży sok z jarmużu (i innych zielonych roślinek).

Ruszyliśmy na wschód. Po drodze w jednym przybytku hotelowym poszliśmy na następne piwko. Zamiast dalej maszerować w pełnym słońcu na wschodni kraniec aż do następnej wieży, zdecydowaliśmy się skrócić drogę i wracać na południe. Cała wędrówka, prócz krótkiego pływania, była męcząca, jak przez pustynie się przedzieranie. Ledwo zdążyliśmy po pół godzinnej powrotnej trasie na południe na autobus 49. Przesiedliśmy się w Valletta i przed piątą wylądowaliśmy w Birgu inaczej zwanym Vittoriosa. Uliczką Tirq P. Boffa doszliśmy do głównego placu Misrah it-Rebha. Uliczki były przystrojone w po święcie wniebowzięcia Maryi Panny. Przeszliśmy się dalej nad jachtową marinę i po spacerku, przed pierwszą w restauracji Sattovento zjedliśmy obiad. Ośmiorniczka na początek, a potem na głowne danie spaghetti marinara a dla Marty homar; do tego butelka białego wina.

Spacerkiem przeszliśmy wracając przez ten sam placyk i dalej z powrotem do Valetty. Tam przeszliśmy się gówną ulicą Triq Id-Dejga, potem lewo przez Old Theatre Street, dalej koło Republic Square (znajduje się tam pomnik królowej Victorii – kolejny duży ślad angielskiego panowania) aż do placu Misrah San Gorg.

W jednym z barów, Wild Honey na St. Lucia’s Street wypiliśmy kilka piwek. Raczyliśmy się na przykład piwem Midona i Schofferhofer, a potem Dark Sister i Cheeke Kamille.

Po drodze powrotej, w wyniku nie zdążenia na autobus, poszliśmy na jeszcze jednego CISK’a do bar Jam, akurat trafiając na koncert: pianino, gitara i śpiew.

Wrówiliśmy wieczornym autobusem numer 24.

niedziela, 11 września 2016
Niedziela 21/08/16 - Pierwszy dzień na Malcie

Wylądowaliśmy na Malcie przed trzecią. Kupiliśmy na lotnisku tygodniowy bilet autobusowy i numerem X1 dojechaliśmy do Uniwersytetu. Stamtąd Google-Maps zaprowadził nas ulicą wzdłuż kaktusów z owocami zwanymi prickly pears (opuncja) i dalej ścieżką zupełnie niestworzoną do toczenia po niej walizki na kółkach. Ścieżka może ładna, ale wyboista, kamienista, krzaczasta – dobra na wycieczkę pieszą, ale nie na dojście z bagażami do hotelu. Nie poddając się wspięliśmy się do naszego hotelu Kappara. Przebraliśmy się, zabraliśmy potrzebne rzeczy i ruszyliśmy piechotą do Sliema.

Zaszliśmy od północnej strony jej wybrzeża. Usiedliśmy w małej restauracji. Jedzenie nie było niczym specjalnym, ale za to zapoznaliśmy się tam z lokalnym piwem CISK; będzie nam towarzyszyć do końca naszej wycieczki. 

Malta jeszcze pół wieku temu była pod panowaniem Brytyjska (stała się niepodległa w 1964 roku). Panuje tu ruch lewostronny. Znaki drogowe (jak i zasady ruchu) prawdopodobnie z tego względu pododne są do brytyjskich. Wtyczki elekryczne są typu angielskiego. Do stylu brytyjskiego należy też sposób nazywania tam domów (wiele ma prócz numeru tabliczkę z nazwą). Pomniki brytyjskich głów państwa jak i widniejące to tu to tam czerwone brytyjskie budki telefoniczne uwieczniają historyczne korzenie. W przeciwieństwie jednak do Brytani Malta jest bardzo religijna, katolicka. Pełno tam kościołów. Na szczęście o klasycznej budowie (z małymi wyjątkami). Minęliśmy się z naszym przyjazdem z obchodami religijnymi – wniebowstąpienia Maryi Panny. W każdym miasteczku, poczynając od Sliemy, Valetty, Birgu wisiały jednakie dekoracje, wiszące nad ulicami zasłony o złotych ornamentach na karmazanowym, purpurowym tle, drewniane kolumny udające te z czerwonego marmuru.

Po posiłku przeszliśmy uliczkami na południową stronę Sliemy

a stamtąd po siódmej pojechaliśmy autobusem do blisko położonej Valetty, stolicy Malty.

Na jej głównym placu słychać było próbę dochodzącą z Royal Opera, opery otwartej, bez dachu. Te próby będziemy słyszeć przy każdej naszej następnej wizycie Valetty. Przeszliśmy przez plac Castille Palace, dalej przez Upper Barracca Gardens. Uliczkami dalej do Palace Square aż do zachodniego wybrzeża. Cały wieczór z fortów strzelały armaty, jak na wiwat. Podobno robi się to dla uciechy turystow.

O ósmej wieczorej usiedliśmy w GinBar, Yard 32 na Strait St. Nie będąc fascynatami dżinu, ale doceniając piękny wystrój i klimat baru zostaliśmy nie na gin ale na piwko; zamówiliśmy Paulanera. Potem pojechaliśmy busem 24 do hotelu.

piątek, 29 kwietnia 2016
Loutro - 15/04/16 piatek

Loutro. Rano zjedliśmy w barze śniadanko: omlet, zapiekany w placku ser, tosty i popiliśmy to świeżym sokiem pomarańczowym (na Krecie zawsze wyciskają świeżo sok) i grecką kawą. O 11:00 wyruszyliśmy na przechadzkę wzdłuż brzegu na wschód, krętą górską ścieżką. 


Słońce nas paliło jak na pustyni. Na początku drogi jeszcze gdzieniegdzie można było przystanąć i schować się w cieniu samotnych drzew. 


Potem już tylko słońce palące przez reszte drogi. Jaszczurki od czasu do czasu uciekały nam spod nóg. Mineliśmy dwie plaże, o kamienistych brzegach i w końcu przez pył i po kamieniach


zeszliśmy do plaży słodkiej wody, około 12:00. Zatoczka, z paskiem piasku, odzielona od skalnej ściany, rzędem pachnących słodko drzew. 


Posiedzieliśmy tam mocząc się w chłodnej wodzie, podskakując na rozgrzanych piasku i kamieniach do około 13:00.  


Ruszyliśmy w drogę powrotną. Zjedliśmy obiadek po powrocie w jednej z restauracji. Około 15:00. Sałatka grecka, potem krewetki (znowu w skorupkach), szprotki i spaghetti z mięczakami i do tego jeszcze kalmary. Do tego piwko Fix i winko. Później poszliśmy jeszcze na mały spacerek na zachód, do pewnych ruin i z powrotem. 


O 17:00 usiedliśmy w najbardziej klubowym barze przy dwóch ouzo z wodą, soczkiem i przygryzgrach. Zagraliśmy partyjkę szachów i w końcu wygrałem. 


W sklepie kupiliśmy winko i coś słodkiego. W pokoju hotelowym zagraliśmy przy winku w tysiąca.

Następnego dnia Wstaliśmy o 8:00. Spakowaliśmy się i poszliśmy na kawę o 9:00. 


Wypłynęliśmy promem zgodnie z planem o 9:30. 


Ruszyliśmy z Hora Sfakia samochodem przed 10:00. Jechaliśmy drogą pięknie krętą. 


Tak się żegnaliśmy z południowym wybrzeżem. Jechaliśmy przez Kanion Imvritiko wschodząc i Kanion Kare schodząc z masywów górskich i dale przez kolejne małe miasteczka.


Do lotniska dojechaliśmy przed 12:00. Nad wyjściem z lotniska widniał wielki napis EΞOΔOΣ, ale już nie dla nas niestety. My już nie do Krety, ale do domu niestety udać się musieliśmy.

czwartek, 28 kwietnia 2016
Z Heraklionu do Loutro - 14/04/16 czwartek

Po 9:00 ruszyliśmy w kierunku pierwszego porannego przystanku, do ruin pałacu Knossos. Słońce tam było przeraźliwie palące. Ciężko było w tak pustynnej atmosferze oglądać tak dostojne ruiny



Wytrzymaliśmy pół godziny i po 11:00 ruszyliśmy na zachód. Jechaliśmy północną stroną Krety i tuż przed Rethimon, w miasteczku Panorme zatrzymaliśmy się na cudownej plaży


Bezwietrznej prawie. Posiedzieliśmy tam przez godzinkę i ruszyliśmy dalej o 14:00, na południe przez miasteczka Kuomi,


 Agros Ioannis, przez Kanion Kotsifou


i dalej przez Sellia. 





Potem odbiliśmy na zachód, nad południowym wybrzeżem, aż do miasteczka Hora Sfakia. Tam zostawiliśmy samochód, tuż obok wejścia na prom. Przeszliśmy się bulwarem i wstąpiliśmy do restauracyjki.


Zjedliśmy sobie sałatkę serową, zupę rybną, ślimaki winniczki. Potem lamb chops, rybkę i ośmiorniczki grillowane macki.


Do tego soczek, piwko Fix i winko. Na koniec smaczne ciasteczko i raki.


Kupując bilet na prom dowiedziałem się, że ten o 18:00 spóźni sie 45 minut.  Gdy dopłynął spóźniony zgodnie z przewidywaniami, akurat musiał wykonać comiesięczne tankowanie. W rezultacie wypłynęliśmy o 19:40. Po głowie kręciła mi się historyjka, o Greku wypowiada takie słowa: People say, time is money. Here in Greece there is no time, because there is no money.

Przypłynęliśmy do Loutro 20:00. Nie ma tam miejsca na samochody. Ta osada, siedlisko to kilkanaście domków wciśnietych w skalną zatokę, do której można się dostać górską ścieżką albo promem. Zameldowaliśmy się do naszego hotelu Oasis i poszliśmy się przejść na wieczorny spacerek na piwko.

środa, 27 kwietnia 2016
Z Palekastro do Heraklionu - 13/04/16 środa

Wyjechaliśmy z hotelu przed 10:00 i ruszylśmy w drogę powrotną, ze wschodu na zachód.

Serpentynami przez góry jadąc, zatrzymaliśmy się na kawce przy punkcie widokowym przed wsią Sfaka.


Potem dalej, przez różne wsie i miasteczka, przemierzając ...





tuż koło wcześniej odwiedzanego Agios Nicolaos, dojechaliśmy do Heraklionu około 12:00. Zostawiliśmy samochód na parkingu i zameldowaliśmy się w hotelu Mirabello. Ruszyliśmy na przechadzkę. Portier w hotelu powiedział nam, że najlepiej trzymać się centrum bo na obrzeżach, w okolicach dawnego starego miasta nie na czego szukać, bo nikt o nie nie dba i się sypie, a przechadzka wokół murów obronnych też nie ma sensu. „People ask me is it good to go there, and I’m saying, for me, there is nothing to see”.

Zeszliśmy w dół ulicą mijając ruiny jakiegoś kościoła


doszliśmy do bulwaru, tuż obok fortu skręciliśmy po górę 25th Augoust 


i w okolicy St Mark’s wypiliśmy sobie piwko. Potem dalej ulicą Evans i dalej koło Averof do Eleftherias Square


Potem na północ, Mpofor w strone portu i na lewo ulicą Sapforus; znowu przez centrum przez Horidakos i w prawo przez Kidonias. Tam w pierwszej restauracyjce zjedliśmy obiad o 15:30. Surówka warzywna, haloumi smażone, ryż w atramencie kałamarnicy, spaghetti z krewetkami i mule w muszelkach. Do tego dwie karafki house wine.  


Po obiedzie poszliśmy dalej Kidonias, skręciliśmy, zrobiliśmy koło i dalej  przez Psaromiligkon, a potem do głównego skweru przez ulicę 1866, na zachód przez 1821, aż do pięknego kościoła o kolorowych witrażach, Saint Minas


Dalej przeszliśmy Kalokerinou, Delimarkou i skreciliśmy w uliczkę Mastracha

Weszliśmy w rejon starego centrum miasta, centrum porzuconego, którego portier z hotelu nie radził nam odwiedzać.



Potem przeszliśmy dalej, aż do starego Armenian Church 


i potem znowu na Kalokerinou. Na sktrzyżowaniu z Delimarkou usiedliśmy w kawiarni na kawkę i ciasto. 

Potem z powrotem wskoczyliśmy w sypiącą się dzielnicę, ulicą Delimarkou, do Dermatos Gate i dalej koło kościółu St Triada


Wstapilismy na piwko do baru na Michelidaki.


Weszliśmy z powrotem do nowego centrum, plątaliśmy się w uliczkach i przy placu El Greko około 19:00 wypiliśmy po Fixie, dark and light rozgrywając dwie partyjki szachów. Obie przegrałem.

Przechadzając się po Haraklionie starałem się znaleźć ciekawe murale. Znalazłem jednak wiele szablonowych malunków, szczególnie antynazistowskich i antyglobalistycznych.



oraz kilka o charakterze prokreacyjno animalnym.


wtorek, 26 kwietnia 2016
Z Agios Nicolaos do Palekasrto - 12/05/16 wtorek

Wyruszyliśmy z Agios Nicolaos po 9:00. Odskoczyliśmy lekko z trasy by zobaczyć starodawny kościółek, XIII wieczny Panagia Kera


W miasteczku Kasta zjedliśmy lekkie sniadanie. Jechaliśmy dalej serpentynami, przez góry z daleka widząc morze na północnym wybrzeżu. Przejeżdżaliśmy przez licznej wioseczki


i w jednej z nich, we wioseczce Sfaka zatrzymaliśmy się na grecką kawę (Greek coffee).


Potem dalej, i dalej ...


Wbijaliśmy się coraz bardziej w wysuszony słońcem ląd, jakbyśmy wjeżdżali w pustynne terenu Meksyku. Po 12:00 dojechaliśmy do Palekasrto i do naszego hotelu, House Margot.

Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na plażę Vai. Droga do niej prowadząca gęstniała palmami. 


Plaża była bardzo słoneczna, morze nie tak zimne jak w Matala czy Agios Nikolaos. 


Siedzieliśmy tam od 13:00 do 15:00. 


Potem pojechaliśmy coś zjeść. Wróciliśmy do miasteczka i usiedliśmy w restauracji naprzeciw naszego hoteliku. 

Pani nas obsługująca była miła jak matka goszcząca swoje dorosłe już dzieci odwiedzające ją raz na miesiąc. Zrobiła nam sałatkę z tartej kapusty i warzyw. Smażaoną fetę, moussakę, krewetki (w pancerzach) i kalmary. Do tego piwko i winko. Na koniec nasza gospodyni sama z siebie zrobiła dla nas talerz pokrojonych owoców. A na dowidzenia poczęstowała nas ciastem i kieliszkiem RAKI. 


W hotelu, jego szef na pytanie, gdzie by można się przejść kawałek, polecił nam Karoumes Gorge, koło wsi Chohlakles. Dochechaliśmy tam i ruszyliśmy na spacer o 17:20. 


Pięknie kamienistą drogą, przeciskając się między skałami i głazami doszliśmy do morza o 18:20. 


Ruszyliśmy z drogę powrotną i przy samochodzie byliśmy już o 19:20. 


Piękna to była trasa i piękne wczesno wieczorne morze. W mieście kupiliśmy coś na śniadanie, między innymi tajemniczy trunek, który później okazał się nie do spożycia. Była to Retsina, typ bardzo młodego wina. Nasza miała 11% i smakowała jak cydr chrzczony raki. Porozmawialiśmy jeszcze chwilkę z szefem hotelu. Powiedział nam, że nieukończenie domków mieszkalnych nie wynika z kryzysu czy biedy, tylko z braku chęci właścicieli. Porzucają budowę, dom w surowym stanie przenosząc się gdzieś indziej. Nie chce się Grekom, jego zdaniem kończyć tego co zaczęli.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Z Matala do Agios Nicolaos - 11/04/16 poniedzialek

Po śniadaniu hotelowym (motelowym)  o 8:30 ruszyliśmy dalej w trasę. Drogą 97. 


Za Herakionem zatrzymaliśmy się przed 11:00 w Cretaquarium. Poznaliśmy łopacza, homarowatego takiego. Po 11:00 pojechaliśmy dalej. 


Do Agios Nicolaos i naszego hotelu Pension Mylos dojechaliśmy o 13:00. Zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy bulwarem 


na małą plażęPosiedzieliśmy tam przy kawie I jasnym I ciemnym FIX'ie. Po godzinie poszliśmy dalej


w kierunku Lake Voulismeni, niegdyś uznanego za bezdenne, później stwierdzonego jako 64 metrowe. 


Na Politechniu, za placem Agia Triada zdjedliśmy obiad w małej restauracyjce włosko greckiej . Mus z ikry, zawijasy z ryżem (typu goląbki piklowane), sałatka krabowa, spagetti i rybka. Do tego house wine i soczek. Na deser dostaliśmy RAK'i. 


Pszeszliśmy się dalej na drugą plażę, za Mariną. Tam przeleżeliśmy chwilkę, a potem , tuż przy niej usiedliśmy w barze na piwko Fix; Miki dostał deser banana split. 

Po 17:00 przeszliśy się dalej . Na kawce i lodach zatrzymaliśmy się w kawiarence przy Lake Vouoismeni, w którym z zgodnie z legendą Atena się zwykłą kąpać. 

Potem do hotelu. Przebraliśmy się i wybraliśmy się jeszcze na krótki spacerek bulwarem w drugą stronę, by zrobić zobie zdjęcie przy rzeźbie Europy na Zeusie w postaci byka. 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47