Kategorie: Wszystkie | Dawno przeczytane | Film | Notki | Składanki | Wycieczki
RSS
piątek, 19 stycznia 2007
Jak mi sie tutaj dobrze pracuje

Jak sobie siedze tak w pracy i staram sie nie slyszec podniesionych glosow rozmow telefonicznych to i tak slysze dwa wybijajace sie glosy. Naleza one do kobiety i mezczyzny. Oboje pracuja u nas od roku, ale nadal sie wyrozniaja natezeniem swojego glosu. Jakby wszyscy musieli wiedziec jacy to oni nie sa lub sa. Oboje w czasie rozmowy uzywaja zwrotu: to be honest ... To be honest to, to be honest tamto ... zwariowac mozna. To jakby wczesniej ich rozmowa byla bardzo formalna, ogolnikowa, w rezultacie nieszczera i nagle postanawiaja otworzyc serce przed rozmowca, i mowiac szczerze to o cos tam zupelnie innego chodzi w tym wszystkim. To jest bardzo typowa forma rozmowy, ktora mnie rozwala i nadal jej nie rozgryzlem.

Dwa zdania bardzo mi sie spodobaly z rozmow zasluchanych. Zdania mowiace o relacjach z klientem.  We have to deal with them to keep them happy - to bardzo przyjemna podstawa dyplomacji majacej na celu utrzymanie pozytywnych stosunkow w poczuciu pelnego ustatysfakcjonowania. Inne zdanie to: More for people - Less for prices. To powinno byc polityka kazdej firmy. U nas jest taka hierarchia: Najpierw klient, co zrozumiale, bo trzeba go utrzymywac usatysfakcjonowanym, a zaraz potem jest pracownik. Ja czuje to tu pracujac. To praca jest dla mnie, a nie ja dla pracy. To jest dobre i daje spokoj na duszy. Piekne to hasla i sie sprawdzaja. I wcale nie jestem lizusem :)

18:28, czokczok , Notki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 stycznia 2007
Zle wykorzystanie wyciskacza do czosnku

Kupilismy taki ladny, estetycznie wykonany wyciskacz do czosnku firmy IKEA. Bardzo dobrze sie sprawdzal przez ponad rok. Przyszly swieta, wigilia, pojawily sie orzechy. Nie mielismy czym ich lupac. Swieta minely. Orzechy laskowe czekaly i czekaly. W koncu postanowilem je zaczac lupac. Probowalem, rekoma - udalo mi sie ze dwa, ale one sa za male; wloskie latwiej w rekach rozlupac. Moglbym oczywiscie w zebach je lupac, ale tym razem postanowilem oszczedzic swoje zeby. Dotychczas lupalem, ale po rozmowie z detystka o tym, ze za bardzo zciskam zeby i je miazdze (o lupaniu orzechow nawet nie chciala slyszec) postanowilem je oszczedzac by zachowac jak najdluzej swoje wlasne. Wyciskacz do czosnku jako dziadek do orzechow nie byl moim pomyslem. Jego pierwsze uzycie bylo obureczne. Orzech do komory czosnkowej zciskany poziomo zciskaczem czosnkowym. Ja usprawnilem przyrzad opierajac ramie wyciskacza z komora o stol. Lupalo sie wysmienicie. Szybko i sprawdnie rozlupalem kilkanascie orzechow, do momentu az peklo sitko, przez ktore czosnek zwykl sie przeciskac. Peklo, wyszlo, i zostalo puste kuleczko, dziura po sitku. Wylecialo kuleczko sitkowe, zgiete lekko po srodku, lekko nadlamane. Pomyslalem, ze moge oddac wyciskacz do reklamacji, mowiac ze wyciskalem takie bardzo niedojrzale i twarde zabki czosnku, ale nikt by mi chyba nie uwierzyl. Nie jest to antyreklamu produktow firmy IKEA. Jest to mala nauczka by nie urzywac przedmiotow niezgodnie z ich przeznaczeniem, bo moga peknac.

          

17:03, czokczok , Notki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 stycznia 2007
Remanent

Poczatek roku a ja nie wpisalem, napisalem ani slowa o niektorych filmach, ktore widzialem w zeszlym roku. Nie wpisalem bo nie potrafilem sie skupic i nakreslic tego co o nich myslalem. Nie jest to jednak calkowity remanent. Zostawie jeszcze trzy w poczekalni, choc moze ani slowa nie napisze o nich. Tak naprawde pisze o tym bo nie mam o czym innym pisac. Mozliwe, ze nie potrafie sie wystarczajaco skupic by spokojnie i trzezwo umiescic cos w miare sensownego.

Chcialbym opowiedziec o dwoch parach. Czasami zdarza sie ze dwoje aktorow wpadnie sobie w oko i staraja sie zagrac ze soba jeszcze raz. Filmem wyjsciowym jest film Human Nature - tam pojawiaja sie dwie pary. Po dwoch latach jedna z nich zagra razem w filmie Tiptoes a druga w Danny Deckchair. Zaczne od:

Tiptoes (2003)
Film o karlach. Film o jednym z nich, ktory nie urodzil sie karlem, ktory ukryl przed swoja dzieczyna prawde o swojej rodzinie. Nie-karla gra Matthew McConaughey, jego brata blizniaka (!karla!) gra Garry Oldman, jego dziewczyne Kate Beckinsale i dodatkowo kupla jego brata gra koles z filmu "Droznik" Peter Dinklage (The Station Agent (2003)). Calkiem ciekawa ekipa, wlaczajac jeszcze dziewczyne Peter'a, kobiete normalnych rozmiarow Patricia Arquette. Film jest ciekawy, tylko niestety jest jakby lekko niedorobiony. Garry Oldman wyglada jak stuprocentowy karzel i jest naprawde swietny. Jest outsiderem i jezdzi ze swoim kuplem na (zmodyfikowanych) motocyklach. Ma dziewczyne (rowniez karlice), ktora nadwyreza jego zaufanie - chce byc z nim ale co chwila miewa kochankow. Gra ja Bridget Powers, gwiazde zespolu rockowego "Bridget the Midget". Ale to zostawiam tylko BARDZO zainteresowanym. Matthew gra swietnie upartego twardziela/glupca, ktory nie moze przebolec tego, ze jego dzieci moga byc karlami (jest jedynym nie-karlem w karlej rodzinie, wiec istnieje barzo wysokie prawdopodobienstwo ze jego dzieci tez beda karlami, z zycie karla nie tylko jest inne z powodu wzrostu, ale rowniez bolesne fizycznie, np: przez wzajemne miazdzenie organow wewnetrzych normalnych rozmiarow w mnieszym ciele). Najbardziej jest zly na siebie, ale nie moze tego w sobie przelamac. Ktos moze sie niezgodzic, ale troche ma w sobie z Paul'a Newman'a, cos w grze jego twarzy bardzo mi go przypomina. Kate gra jak trzeba, delikatna i sliczna dziewczyne, przyszla matke jego dziecka, ktore jest glownym problemem w filmie - czy dziecko urodzi sie karlem, czy nie? Wydaje mi sie, ze rezyser nie dokonca wiedzial jaka nadac koncowa forme swojemu tworowi i stworzyl historie trzymajaca sie w trzech osobnych czesciach, ale nie w calosci. Przed slubem (gdzie przejsciem jest objawienie tajemnicy korzeni karlej rodziny), po slubie (gdzie przelamaniem sa narodziny dziecka), po separacji (gdy maz pozostawia zone pod opieka swojego brata).

Niedawno zas widzialem film, ktory ominalem przypadkiem. Na szczescie w koncu mialem okazje go obejrzec. Chodzi o Human Nature (2001)Film pokazujacy w groteskowy sposob badanie ... tak :) , ludzkiej natury, ujarzmienie jej, poprzez nauczanie jej manier, siadania do stolu, jedzenia odpowiednim widlecem. Poprzecinane to jest zyciem czterech osob - naukowca (Tim Robbins) o  zbyt wycisnietym na nim dziecinstwie pelnym stolowej musztry i wciskania dziwnych pogladow, pisarki (Patricia Arquette) mieszkajacej w lesie, w pelnia natury, mezczyzny (Rhys Ifans) ktory zyl w lesie na wzor goryla (przez swojego ojca, ktory pewnego razu wyszedle ze swego  biura i zabral swego syna by wychowac go w lesie, by dac mu wolnosc goryla), oraz asystentki naukowca (Miranda Otto), udawanej francuzki, ktora stara sie usilnie zakrecic sobie naukowca wokol palca, odbic pisarce, ktora przypadkowo zostala jego partnerka, a ktora pozniej pragnac wrocic do dziczy ucieka z mezczyzna z lasu, ktorego wczesnie naukowiec gruntownie uczlowieczyl przez jedzenie wlasciwym widelcem, recytowanie znamienitych pisarzy, uwielbienie do muzyki powaznej. I ta oto pisarka z lasu chwilowo pojawia sie z karlem (Peter Dinklage) - para z flmu Tiptoes - ktory gra innego naukowca, ktory zupelnie sie nie zgadza z metodami naukowca o odcisnietym dziecinstwie i porywa wspolnie z pisarka (oraz z kosmetyczka/depilatorka pisarki, gdyz ta wczesniej zupelnie nie dbala o swoje owlosienie dotknieta anomalia zwiazana z mocnym owlosieniem calego ciala), porywaja wspolnie czlowieka z lasu. Swietna komedia pelna absurdu, pokazujaca wiele prawdy.

Dodatkowo zas para: Rhys Ifans i Miranda Otto wystepowala w innym filmie Danny Deckchair (2003) w milosnej, lekkiej komedii o tym, ze czlowiek ma czasami dosyc i wsiada na krzeslo z przywiazanymi balonami i znajduje prawdziwa milosc.

17:16, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 stycznia 2007
Film ktory mi sie zagubil

Man on the Moon (1999)
Film Milosza Formana, Czecha. W Czechoslowacji tworzyl typowy czeski film. W Ameryce procz filmow przekrojowo/epokowych jak Niebezpiecznych zwiazki, Ragtime, Hair czy Lot nad kokolczym gniazdem, nakrecil trzy filmy biograficzne: Amadeus, Larry Flint oraz Man on the moon. Kazdy swietny, rewelacyjny, wazny. Andy Kaufman, bohater ostatniego z wymienionych, byl pierwszym komikiem posluglujacym sie ciezkim absurdem, czyli tym co niektorych smieszy, a innych denerwuje, obraza, lub taz niepozostawia "smugi cienia" zrozumienia. Stworzyc siebie jako jeden wielki zart, parodie, ze malo kto wierzy, co w koncu jest prawda, a co nie. Przez chwile ktos moze pomyslec, ze przejrzal dowcip, podczas gdy dowcip juz nie jest dowcipem, nigdy nie byl, ze to co bylo prawdziwe bylo dowcipem. Znowu wszyscy zostali zrobieni w konia, ciezkiego konia, ktory ostro kopie po tylku. Taki jest Andy Kaufman. Zas Jim Carrey w przebraniu Andy'ego jest wielki. Moim zdaniem malo komu udaje sie zagrac dobrze w komedii. Niby to najprostsze, ale bardzo latwo zrobic z tego banal, szmire i Jim Carrey robil szmiry, ale czy napewno szmiry? Czasami ciezko orzec co jest szmira, a co nie, gdy cos jest niebezpiecznie blisko szmiry i jezeli nie przekroczy tej granicy, jest wtedy genialne, totalne, potezniejsze niz to co jest na granicy geniuszu. "Genialna szmira" to szmira bedaca szmira, ale jednoczesnie puszczajaca oko do widza - "wiem, ze jestem szmira i oto mi chodzilo". Taki czasami jest Jim Carrey, dlatego gral w filmach jakich gral i dlatego Milosz Forman go docenil. Jezeli chce sie dobrze zagrac dramat, trzeba umiec zagrac komedie i ten as w rekawie jest w posiadaniu Jim'a. Stad jego genialne role w Truman Show  oraz Eternal Sunshine of the Spotless Mind. I to wszystko.

18:03, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
oto co zdazylo sie w Polsce gdy byly swieta

Zacieram sie w Polsce. Odklejam od miejsc gdzie przebywalem. Nie ma sniegu tego roku za to wiatry sa bardzo silne. Swieta dwunastu potraw i prezentow znikaja po rozpakowaniu ostatniego prezentu. Spacery po trojmiescie czynia obraz trojmiasta bardzo powolnym.

Przyjechalem w sobote w poludnie. Rozpakowalem sie, przywitalem i zaraz zaczalem zalatwiac na miescie to co mi swiezo lewitowalo w glowie. Wrocilem i zapakowalem reszte prezentow. No i choinka, jak co roku czekala wlasnie na mnie. Jezeli bylaby ubrana mialbym jakis zal, choc to ze sam musialem ja ubierac troche mnie martwilo, lenistwo zbuntowane czasami sie we mnie szamocze.

W niedziele przygotowania do Wigilii kontynulowaly sie w sobie pelna para. Ostatnie pakowania, rozmowy. Wreszcie, gdy cudem, ku zaskoczeniu wszystkich, wszystkie prezenty nagle objawily sie pod choinka, gdy wieczerza zostala podana, stanelismy przy stole. Podzial oplatkiem, zyczenia. Potem pierwsza potrawa barszcz, a zaraz potem pierogi z grzybami, a w nich ukryty grosik, na szczescie. Otoz mi on przypadl w udziale tym razem i to jeszcze w pierwszym pierogu. Probowalem to ukryc, wsuwajac go sobie po grona warge, z prawej strony. Jadlem dzielnie pierog po pierogu nic po sobie nie pokazujac. Nawet podzielilem miedzy mnie a brata reszte moich pierogow. Tata nie chcial dokladki i tylko wszystki patrzeli sie po sobie pytajacym wzrokiem, komu to szczescie przypadnie w tym roku. Gdy mama zjadala polowke ostatniego pieroga, gdy tata i brat swoje pierogi dawno spozyli, gdy widocznym sie stalo, ze albo ja albo mama otrzyma grosik, wtedy to wlasnie nie wytrzymalem i objawilem prawde - w pierwszym pierogu byla moneta. Czy bedzie to moj rok szczesliwy? Pozniej po kolei spozywalem kawalek kazdej potrawy starajac sie doliczyc potraw dwunastu. Sledzie z cebulka, salatka sledziowa, awokado z kawiorem, sola. Zawsze staralem sie odsunac od siebie moment zakonczenia wieczerzy, bo bylo to sygnalem na rozpakowywanie prezentow. Tak jakbym staral sie nie odczuc pekajacej banki, tego ze czar prysl, bo zawsze pryskal (odkad uswiadomilem sobie znaczenie swiat). Brudne naczynia zanieslismy do kuchni, usiedlismy wszyscy z powrotem przy stole i rozdawanie prezentow rozpoczal moj brat. I czar prysl.

W poniedzialek lezakowalismy, odpoczynek w nudzie. Totalne rozszczepienie. Wieczorem spotkalismy sie z kumplami w Sopocie. Byly smichy, byly chichy, bylo fanie, tylko ludzi bylo tak malo, ze w jednym klubie usiedziec bylo nie sposob. No i zmienialismy kluby. Na poczatku Soho, potem Papryka, potem costam, potem Papryka, i costam. Mi raz tak blokada kotroli emocji niezaskoczyla ze wytanczylem Roxanne z filmu Molulin Rouge, gdy to McGregor odgrywa piekne cierpienie przy hiszpanskim ryku. Wytanczylem to jak nigdy.

We wtorek, we wtorek umowilem sie ze stara znajoma. Odwiedzilismy park Oliwski rozmawiajac o tym i owym. Na wystawe nie dala sie namowic moja kolezanka, a jedyna czynna herbaciarnia ukrywala sie pod nazwa McDonalds. Tam zasiedlismy i toczylismy rozmowy o przeszlosci i przyszlosci. Umowilismy sie za trzy lata gdzies gdzie bedzie okazja i tak zakoczylem dzien ladujac w domu na obiedzie by tamtez do wieczora przesiedziec, dogorywajac w drugi dzien swiat bez alkoholu - lub tez nieswiadomie przygotowujac sie do maratonu.

W srode, co bylo w srode? W srode wieczorem widzialem sie z grupa zasiadujaca ze mna w Leeds. A co robilem przez reszte dnia? Nie pamietam zupelnie. Wiem ze dobrze mi sie siedzialo w Klubowej, ze dobrze mi sie pilo trzy wsciekle psy. Ze bardzo chcialem gdzies potanczyc i zlym bylo wyborem znalezienie sie w klubie "Poklad" podczas wieczorku salsy. Druga impreza salsy zostawila we mnie smutek poprzez niemoznosc posiascia ducha salsy. Meczylem sie i zdruzgotany wrocilem do domu.

W czwartek umowilem sie z moja tak dobra koleznaka - o godzinie 15:00 przy stoisku z komiksami w Empiku na dworcu Gdanska Glownego. Odbylismy tradycyjny spacer do restauracji indyjskiej w Madisonie. Przeszlismy przez Gdansk. Zasiadlismy w Nalesnikarni Kolejowej. i Tyle. Ale to nie byl caly dzien. Gdy juz spanie we mnie zwyciezalo zadzwonilem do kolegi z centrum, by sie odezwac tylko co u niego slychac, a on mnie zaprosil na swoje urodziny. Zapytalem dziewczyny mojej czy ja moge tam sie pojawic? Pozwolono mi i ... wyladowalem o 4 rano po przetrzepaniu psychologicznym przez biseksualiste - i do konca nie wiem czy jego chec ucalowania mnie byla testem czy pragnieniem. Czulem sie jak zgwalcona nastolatka. Wykapalem sie, przygotowalem lozko i postanowilem napisac cos mojej dziewczynie, piszac z komputera mamy. Tam upadlem.

Piatek. Odzylem w poludnie. Szmery bajery, rozne takie sprawy i wieczor nastal, a wieczorem spotkanie z czlonkami dobrej domowej prywatki w Londynie. Okazalo sie ze to sa same czlonkinie. Kolega nie przyjechal. Ja sam i trzy kolezanki. Nic sie nie stalo co mogloby na cokolwiek wskazywac - bo nie mogloby, bo to byly kolezanki. Bylo bardzo milo. Zasnalem o 6 by wstac przed 10 by odprowadzic kolezanke do pociagu do SKM Slupska, ktory przejezdzal kolo mojej uroczej Gdyni.

To byla juz sobota. Szmery bajery i przysnalem na godzinke po czwartej po poludniu. A tu kolejna impreza w Papryce w poczekaniem u pewnego Piotra. W Papryce tance i swawole - maly wstep do Sylwestra, do ktorego dalem sie jednak namowic. Nie chcialem isc na zadna impreze sylwestrowa bo zupelnie nie mialem na nia ochoty. Jest kilka takich osob, ktorzy nie lubia sylwestra - bo czemu ta wlasnie impreza ma byc az tak bardzo znaczaca? Dalem sie jednak namowic i nie zaluje. Choc tancow nie bylo, bylo za to ciekawie, dobrze, rozwojowo.

Przez caly ten czas poruszalem sie kolejka SKM. Szybko i pewnie. Kasowalem poslusznie bilety i tylko raz, raz tylko sprawdzono moje bilety - a tak mnie wszyscy ostrzegali ze tak czesto sprawdzaja.

Jest czwartek kolejny. Skonczylem czytac "Wielki marsz", wielka ksiazke Stephena Kinga, z czasow gdy byl on tylko malym Richardem Bachmanem. Tak, to alegoria, tak, to wielka ksiazka, tak, Stephen stracil reke od zbyt dlugiego pisania. Smutna jest to ksiazka i ciesze sie ze ja skonczylem.

Chce mi sie plakac i nie moge sie wyplakac. Chcialem plakac pierwszego dnia stycznia, gdy po nieprzespanych nocach, po alkoholowych imprezach dowiedzialem sie ze moj brat ocalal z dachowania. Wtedy prawie nie wytrzymalem, wtedy poczulem sie na granicy swojej wytrzymalosci fizycznej. Bo szczerze, w zeszly czwartek spalem kilka godzin z przystankiem przed komputerem (ponad godzinna drzemki na podlodze bez czucia). Po kolejnej imprezie spalem 3 godziny by trafic na kolejna sobotnia w stanie lekko wtrzasajacym. Po sobocie zasnalem o 5 rano i wstalem w poludnie. Niedziela nastala dniem sylwestrowym i impreza gdzie snu nie zaznalem. Wrocilem rano do domu o 9. Wtedy dowiedzialem sie o wypadku i wtedy to zaczal wyrywac sie za mnie spazm placzliwy. Nie wyrwal sie. Zasnalem w poludnie i tak spalem 4 godziny. Wstalem, otrzepalem sie i poszedlem dalej. Nie, nie poszedlem dalej. Potem byla noc. Dzien mnie zastal zupelnie trzezwym i smutnym, tak jak sie czuje czlowiek po zjezdzie saneczkami w dol i juz musi wracac do domu bo noc nastaje.

Ostatnie dni minely. Teraz bedzie ostatnia noc w Gdyni. Jestem smutny. Za dlugo tutaj bylem, zaszylem sobie trojmiasto by go znowu niezapomniec i do niego tesknic, tak, tesknic. Ja z reguly nie tesknie, do nikogo (mozliwe ze nie jestem swiadomy tego co czuje), dopiero jak co sie we mnie solidnie zaszyje, wtedy przypominam sobie smutek tesknoty. Teraz wyjezdzam i nie moge zostac - koniec wakacji. Wracam tam gdzie mam byc szczesliwy, gdzie mam przynosic szczescie, a gdzie moge byc znowu martkotny, zrzedliwy, marudny. Wyleczylem sie z dwoch cech jakimi jest abnegacja i bycie malkontentem, wyleczylem sie z tego dwa lata temu - mam nadzieje ze w tej chwili to do mnie nie wraca. Nadal chce podtrzymac w sobie euforie, energetyzm, optymizm pomimo wszelkich smutkow, oparcie dla wszystkich watpiacych we wlasne sily, nie chce stracic takiego siebie jakim bylem. Zamykam sie w ostatnim dniu w Polsce. Staralem sie przez dwa tygodnie spedzone tutaj zrobic wszystko w granicach swoich mozliwosci i przyzwolenia. Korzystalem z rozmow, ze spotkan, z dobrze spedzonych dni. Ale ciagle mi malo, ciagle chce wiecej bo widze, ze w Polsce mozna byc zadowolonym i zrealizowanym, ze Polska to nie jest smutek i nostalgia, szarosc i depresja. Polska to prawdziwosc. To prawdziwy usmiech, brawdziwy smak, prawdziwy zapach.

Do Sylwestra zylem niesmiertelnie, a po Sylwestrze uznalem swoja smiertelnosc, posmutnialem. Zupelnie niepotrzebnie. Otoczyl mnie smutek powrotu z wakacji. Zapomnialem, ze zawsze tak sie czulem. Ze cos sie konczy i trzeba wrocic do domu. Stare to a glupie.

Bo po co sie smucic? Czyz nadal nie moge zyc chwila w granicach mi przez siebie samego nadanych, ale nadal, zyc chwila? Granice, hehe, to moje wlasne granice, ktore raz rysuje sobie z przyjemnoscia, a raz sa dla mnie ciezarem. Wystarczy tylko dobrze nastroic swoje nastawienie do swiata i juz, wszystko jest dobre i mile.

W ostatni dzien musialem rozebrac choinke, ktora sam musialem przystroic. Takie zamkniecie cyklu. Ale wpadlem na ciekawa koncepcje wyniesienia sypiacej sie cienkim igliwiem choinki. Odcialem jej wszystkie galezie i zostawilem sam pien. Galezie wlozylem spokojnie do siatki i nie musialem targac calej choinki przez korytarz wytrzacajac przez cala droge wszystkie igly. Teraz pozostal sam pien i ma pozostac do swiat wielkanocnych. To bylo zawsze moim marzeniem, tylko raz w zyciu zrealizowanym, gdy choinka pozostala zielona do Wielkanocy, a nawet i snieg dotrzymal do tej Wielkanocy.

Oto co zdazylo sie w mojej glowie podczas swiat w Gdyni.

16:36, czokczok , Notki
Link Dodaj komentarz »