Kategorie: Wszystkie | Dawno przeczytane | Film | Notki | Składanki | Wycieczki
RSS
środa, 29 listopada 2006
100ml w Irlandi

Wyjechalem w piatek po pracy pociagiem do Manchesteru. Tam wsiadlem w kolejke do Liverpool Lime Station. To byla kolejka stara, z trzema wagonami, trzy siedzenia po lewej, dwa po prawej, a przejscie szerokosci jednego siedzenia. Pierwszy raz jechalem kolejka tak starego typu. Dodatkowo siedzieli po mojej prawej ludzie z Walii, dlatego z Walii poniewaz nie zrozumialem ani slowa z ich rozmowy  - jezyk totalnie nierozpoznawalny sposrod znanych mi jezykow. Autobusem z Lime Station pojechalem na lotnisko. Tak sie zameldowalem i przestrzezono mnie ze przewoz kosmetykow o pojemnosci wiekszej niz 100ml jest niedozwolony. Moj dezodorant mial 150ml. Wypstrykalem go na zapas i poszedlem na kontrole. Nie pokazalem im woreczke z kosmetykami tak jak sie to teraz czyni (zamykalny woreczek foliowy w ktorym umieszczamy kosmetyki o pojemnosci jednostkowej nie wiekszej niz 100ml). Torba przeleciala przez rentgena i tylko pan sie zapytal dlaczego nie pokazalem dezodorantu wczesniej, ja ze przepraszam, on ze i tak calkiem niezle i nie zabrali mi :). Dziwna sprawa, ze po kontroli, po rekwirowaniu kosmetykow i napojow o pojemnosci wiekszej niz 100ml mozna je kupic w sklepie zaraz przed wejsciem na samolot. Mozliwe ze te w sklepie z cala pewnoscia nie sa ladunkami wybuchowmi. Te zas, ktore czlowiek przyniesie na lotnisko sa bardzo podejrzane. Wsiadlem do samolotu i tu zaraz przysiadla sie kobieta 60-letnia. Skad wiem ze 60-letnia? Sama mi powiedziala, choc wcale nie wygladala az na 60. Zapytala mnie czy jestem z Irlandi. Powiedzialem ze z Polski. Rozmawialismy o jej dzieciach o mojej i jej pracy. Pracuje w benefitach - przydziela benefity na rzeczy dzieciece (child benefit) i mieszkaniowe (house benefit). Dziwilo ja troche ze na przyklad tacy Polacy mieszkaja w Angli dwa lata i juz moga sie ubiegac o benefit. Ona pracuje od 15 roku zycia, przez 45 lat i wychowala swoje dzieci nie ubiegajac sie o benefit (stad wiem ile ma lat). Potem poczestowala mnie malym ginem z cola (nie bylo juz ani toniku, ani wody sodowej) i jakos sie pogodzilismy.

Stanalem na lotnisku w Cork. Wsiadlem do taksowki. Rozmawiam sobie z taksowkarzem i po tym jak powiedzialem ze jestem z Polski i mieszkam kolo Gdanska powiedzial mi ze ma kolege z Pelplina. Na poczatku przylecial jeden z Pelplina, potem wrocil do Polski by zabrac z powrotem polowe wsi. Teraz Cork zamieszkuja mieszkancy Pelplina. Powiedzial, ze kiedys Irlandczycy tez wyjezdzali masowo, do Angli, do Ameryki. Teraz wracaja i nie mam sie czego obawiac - Polacy tez kiedys wroca do Polski. Cork jest ladnym miastem, kolorowym. Staralismy sie znalezc klub z muzyka Irlandzka. Znalezlismy jeden, w ktorym chlopak gral Marley'a i Beatles'ow, a tak, to muzyka sie niczym nie rozni od muzyki w Leeds. Nie pilem Guinessa bo pomyslalem ze nie musze jezeli w Leeds tez moge. Potem dowiedzialem sie ze w Irlandi ma podobno lepszy smak.

W sobote postanowilismy pojechac na wycieczke. Dawno tak bardzo nie trafilem z wycieczka. Miasteczko Kinsale jest pieknym miasteczkiem portowym. Posiada dwa forty na wysunietych polwyspach. Ladne kolorowe domki, krete uliczki oraz restauracje otwierane dopiero o 5 po poludniu. Tutaj wlasnie wtopilismy. Dojechalismy o 1 po poludniu. Bylismy troche glodni, a tu wszelaki jadlodajnie zamkniete. Poszlismy do spozywczego po bulki, a potem udalismy sie do James's Fort. Idzie sie pol godziny. Po drodze nie widac zandych drogowskazow innych niz wzkazujacych miesca noclegowe (Bed & Breakfast : B&B). Interes Bed and Breakfast kwitnie, a turystyka prawie nie istnieje - ciekawe dlaczego jedno na drugie nie ma u nich wplywu. Droga tez nie jest tak bardzo udostepniona jak to organizuja w Wielkiej Brytani. Irlandczycy nie potrafia wyeksponowac swoich atrakcji tak jak to czynia Anglicy. Doszlismy w kocu do ruin starego fortu a w oddali widzilismy drugi fort, duzo wiekszy, duzo bardziej atrakcyjny. Z dwoch wybralem ten mniejszy - ale moze lepszy wrobel w garsci niz golab na dachu, poniewaz nie mieismy juz czasu na to by dojsc do Charles Fort.

Pomimo tego nieeksponowania, pomimo tego jeszcze, ze jak wrocilismy jadlodajnie nadal byly zamkniete i zjadlem fish&chips, a gdy odbylismy ostatni spacer przed odjazdem autobusu, restauracje byly juz otwarte (i doszlo do nas w koncu ze otwieraja sie o 5 po poludniu dopiero), pomimo tego ze trafilismy na mniejszy fort, pomimo tego wszytkiego nie zaluje - bylem tylko troche zasmucony :). Nie czulem sie tam jak w Wielkiej Brytani, ktora jest tak blisko (a tak daleko), czulem cos "magicznego" cos mi blizszego. Irlandia jest inna, jest dzika i ma wiecej magii niz Anglia - jest po prostu mniej miejska a bardziej wiejska.

Wracajac, na lotnisku w niedziele, nie udalo mi sie przmycic dezodorantu o pojemnosci ponad 100ml. Bylem po prostu grzeczny i pokazalem przed przeswietleniem i zrobilem minke pelna niewiedzy i zmartwienia - ale i tak nie pozwolili mi. Wyjmujac wszystkie rzeczy metalowe z kieszeni znalazlem klucze od B&B. Gupi nie oddalem, ale i mi kobieta ktorej karta placilem nie przypomniala (pierwszy raz placilem przesuwem odbijajacym numerki na kalkowym rachunku). Po kontroli przeszedlem kolo sklepu gdzie moglem nabyc kosmetyki i napoje o pojejmnosci przekraczajacej 100ml. Poczekalem na samolot i polecialem.

Jeszcze cos: do Cork lecialem wieczorem, a do Liverpoolu w dzien. Oba loty byly wizualnie cudowne. Wieczorem swiecace miasta, w dzien chmury pierzaste, morze - i widac kazdy detal, poruszajace sie samochody, statki, fale przybrzezne i dno moza przy brzegu, drzewa, cienie chmur na trawie, domki i wysokie wiezowce - wszystko malutkie, drobniutkie sliczne. Daje to odskocznie od masywu jaki widzimy na codzien z wysokosci 1,5 do 2 metrow.

środa, 22 listopada 2006
Problem mandarynki

W Angli dowiedzialem sie ze mandarynka i klementynka to dwie rozne odmiany cytrusow, tak samo rozna jak grapefruit rozni sie od cytryny. W Angli na klementynki mowia satsuma albo tangerine. Nie widzialem jednak, aby na markecie nazywali male pomaraczowe kuleczki inaczej niz satsuma, przez co ich satsuma czasami sa mandarynkami.

Mandarynka ma grubsza skorke, ksztaltem bardziej przypomina dynie niz kule.

Satsuma ma skorke ciensza i jest bardziej kulista i gladsza od mandarynki przez co czasami polyskuje. Jest zazwyczaj bezpestkowa.

Piszac prosciej, latwiej obiera sie ze skorki mandarynke niz satsuma, poniewaz skorka satsuma bardziej przylega do "owocni" niz jest to w przypadku mandarynki. Jednak w Angli wszystko jest satsuma.
 

10:42, czokczok , Notki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 listopada 2006
Wytlumaczenie

Pewnie troche odsuwam sie od siebie piszac o filmach, piszac o rzeczach roznych, opisujac gdzie bylem omijajac to o czym mysle jako JA, a nie jako ktos opisujacy cos niekoniecznie z nim zwiazanego. Opisujac cos gdy to cos sie mi spodoba, nie oznacza tego, ze opisuje tym siebie samego? Zrob kanapke a powiem ci kim jestem? Jestes tym co jesz? Czytajac czyjes wnioski z rzeczy zaobserwowanych mozna poznac tego kogos? Podobno nie dla kazdego jest to klarowna informacja. Mi jest ciezko pisac o sobie i uwazalem, ze ta niedoslowna droga napisze wiecej nizbym mial pisac doslownie. Wracaja do jedzenia: dzisiaj na przyklad na sniadanie zjadlem jablko, o 11 godzinie kanapke z tunczykiem i kukurydza a o 14 godzinie ryz z kurzym curry. Na obiad zjem kasze gryczana z jakas puszczka z warzywami? Czy rzeczywscie zgadza sie to z tym kim jestem? Sniadania nie jadlem bo nie bylo chleba. Tunczyka z kukurydza rzeczywiscie bardzo lubie. Ryz tez, ale curry nie do konca bo jest z kura, mimo ze mi smakowo pasuje. Wole jesc ryby, owoce i warzywa zamiast miesa. To mi daje poczucie czystosci zawartosci zoladka. Ponawiam pytanie: czy piszac o filmach pisze o sobie? Przeciez opisujac ulubione filmy opisuje to co lubie. Chociaz z drugiej strony, jezeli jest mozliwe pisanie doslowne to moze nalezy z tego korzystac zamiast zostawiac kogos w domyslach, bo tam zawsze istnieje prawdopobienstwo bledu. I dalej: piszac zagadkami, krecac sie wokol doslownosci modelujac wypowiedzi na przenosni - czyniac tak mozna stac sie dla kogos ciekawym, bo tajemniczym, bo zamknietym, bardziej nie przewidywalnym, bo niedoslownym.

Z reszta ... moim zamyslem pisania bloga nie bylo pisanie o sobie (typu: teraz moze powiem kilka slow o sobie). Chcialem pisac o tym czego nie rozumiem, czego nie wiedzialem, co zobaczylem, czego sie dowiedzialem. Chcialem dzielic sie tym co poznalem. Pisanie o sobie nie tyle przekazuje wiedze zyciowa, ale bardziej daje poczucie wygadania sie, wysluchania przez zupelnie obca osobe, poczucie zrozumienia, poczucie obecnosci miedzy ludzmi. Z drugiej strony jest tyle blogow, ze nie wiadomo jak wiele osob rzeczywiscie czyta co tak wielu pisze. Ja chcialbym by dawalo to wiecej czytajacym niz piszacym. Nieodparte uczucie powiadomienia kogos, poczucie tego, ze dzieki mnie ktos wie wiecej, ze przekazalem informacje, kawalek wiedzy na jakis temat - uwielbiam to uczucie, na rowni z tym co odczuwam gdy cos odkrywam, gdy sie dowiaduje. Przeplyw informacji (wiedzy) daje mi energie. Moze jest to podobne uczuciu wysluchania przez kogos, zrozumienia, wysluchania kogos. Oczywiscie, ze nie chodzi tylko o samo przewodnictwo wiedzy - chodzi tez oto ze to Ja przekazalem, ze udalo Mi sie to przekazac, ze Ja pierwszy - to taki zwykly dodatek delikatnej proznosci i ambicji, proznosc pociagnieta za ambicja. Kazdy ma taki skrawek w sobie, poczucie pochwaly (moze troche przesadzilem z ta proznoscia). Dlatego tak pisze, dlatego tak pisalem, ale to sie zmienilo, bo dowiedzialem sie ze nie ma w tym uczucia, ze nie ma w tym mnie, ze nie ma w tym zycia. Teraz, nie tylko sny, informacje bede zamieszczal. Teraz zaczne sie troche bardziej otwierac i pisac doslownie.

17:46, czokczok , Notki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 listopada 2006
Popularnosc zemsty

Od momentu gdy zobaczylem film "Lucky number Slevin", pomyslalem, ze filmy o zemscie to filmy bardzo dobre. Pomysl na opowiesc o zemscie jest pomyslem bardzo przykuwajacym ludzka uwage, bo ludzie lubia sie mscic, nasycas poczucie wlasnej sprawiedliwosci albo odzyskac poprzez zemste utracony honor. Zaczynajac juz od mitow, ktore staly sie podstwa do tworzenia wszelakiej fikcji, nie mozna sie oprzec wrazeniu ze zemsta byla tam jednym z najsilniejszych panujacych uczuc. Zemsta w najbardziej popularnej mitologi greckiej wywodzi sie jako symbol od Eryni, ktore rodza sie z przelanej krwi Uranosa, przez jego syna Kronosa. W religi chrzescijanskiej od Kaina i Abla tylko jako czyn. Kain msci sie na Ablu. Bog go karze sprawiedliwie na wygnanie. Tak na marginesie : Bog nie msci sie - bog sprawiedliwie karze. W mitologi greckiej los (czyli bogowie) msci sie na czlowieku. Wieksze panowanie sprawuje zemsta niz sprawiedliwosc. W mitologiach bogowie sie bawia. W religiach bogowie sprawiedliwie karza.

W literaturze daleko pozniejszej : "Hrabia Monte Cristo" opowiesc o rosnacej w spokoju i rozwadze zemscie, bardzo cierpliwej zemscie. I wlasnie w filmie "Lucky Number Slevin" wystepuje podobnego rodzaju zemsta. Obie te zemsty musialy czekac do ponad kilkunastu lat na swoje pelne zrealizowanie.

Kazdy wojownik czekal na spotkanie kogos z przeszlosci, na kim chcial sie zemscic. Wiedzial, ze ten moment w koncu nastapi, chocby mial czekac cale zycie. W filmie "Kill Bill" Black Mamba msci sie na kolejnych czlonkach bandy Billa, na wszystkich, od ktorych uciekla i ktorzy za ucieczke chcieli ja ukarac. Ona zas cudem przezywa, dostajac tym samym prawo do zemsty. Sama tez, mowiac corce kobiety (Copperhead), ktora przed chwila zabila, ze jak dorosnie bedzie miala prawo sie na niej zemscic, pomscic smierc swojej matki, przekazuje prawo kazdego do zemsty. Taka zemsta to obowiazek, powinnosc zaangazowana honorem.

Pomszczenie swojej wlasnej niedoli jest bardziej egoistyczna? Jezeli niedola jest strata kogos bliskiego? "Old Boy" - zemsta na czlowieku, ktory mial zbyt dlugi jezyk i przez plotke zniszczyl, nie wiedzac o tym, zycie (za) bardzo kochajacego sie rodzenstwa. Przytrzymanie zemsty, do ponad 20 lat - i precyzyjna jej realizacja. To bardzo nietypowy przyklad typowego modelu zemsty, gdy msci sie smierc rodzicow, rodzenstwa, bliskich ... 

"The Ring" - zemsta z bezsilnosci smierci - glowna bohaterka msci sie na kazdym, kto nie rozglosi prawdy o jej smierci - zmesta na wielka skale, wynikajaca z wielkiej zlosci - klatwa demona.

Porownywalny typ zemsty wystepuje w filmach "Lucky Number Slevin" oraz "Once upon a time in Wild West". Msci sie dziecko, zamordowanych rodzicow. Pierwszym przypadku zycie dziecka ratuje platny morderca. Dziecko zostaje jego uczniem, by jak dorosnac pomscic smierc rodzicow. W drugim przypadku dziecko zostaje celowo ocalone, by zwiekszyc niekczemnosc morderstwa jego rodziny, by dziecko bardziej cierpialo za zycia. Dziecko dorasta, odnajduje morderce i msci smierc swojej rodziny.

"Memetno" przedstawia nierzeczywista zemste, zemste wymyslona. Glowny bohater cierpi na zespol zaniku pamieci, doznajacym od czasu do czasu calkowitej amnezji. To co pamieta jest tym co sobie zapisal, a co jest przekrecone i z czasem coraz bardziej staje sie nieprawdziwe. W efekcie msci sie na kims, kto wedlug jego jest winny, a kto mu tak naprawde pomagal. Msci gwalt smierc swojej zony, ktora nie zostala zgwalcona, ktora on sam zabil przypadkiem podajac jej przez swoje zapomnienie zbyt duza dawke leku. (przypadek totalnie zaslepionej zemsty)

"Se7en" - zemsta na calym czlowieczenstwie i na samym sobie za to ze popelnianie grzechow stalo sie codziennoscia, ze stalo sie tolerowane. Oto podstawy do zemsty na ludzkosci: "Latwiej jest zatracic sie w narkotykach niz zmagac sie z zyciem. Latwiej cos ukrasc niz zarobic na to. Latwiej jest uderzyc dziecko niz je wychowac. Milosc kosztuje: potrzebuje wysilku i pracy." A oto sposob na zemste: "Nie mozesz oczekiwac tego by byc wysluchanym przez ludzi stukajac ich po ramieniu. Musza dostac w leb wielkim mlotem i wtedy naprawde skupia uwage na tym co masz im do powiedzenia"

Film "Saw" chcial przebic ten film laczac klaustrofobiczny pomysl z filmu "Cube" i tworzy historie o mezczyznie mszczacym sie na innych nie ceniacych swojego zycia, na samobojcy, narkomance, palaczu. Nie udalo mu sie tego przebic, ale fakt ze wyrafinowany to sposob na zemste.

Zaspokojenie niektorych zemst potrzebuje gwaltu i zrownania z ziemia calej wioski (przypadek bardzo starozytny jak i bardzo jednostkowy jak w przypadku filmu "Dogville") a czasami tylko jednej osoby. Zemsta jest wprost proporcjonalna do glebokosci urazu.

To na razie tyle. Temat jest zbyt gleboki by pisac o tym tak krotka notke, a notki z natury musza byc krotkie...

18:06, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
Film o zyletkach

Girl, Interrupted (1999).Ten film wiele dla mnie znaczyl, w swojej depresyjnej atmosferze, w poszukiwaniu jakiegos sensu, jakiegos celu. Widzialem go juz kilka lat wczesniej, nie pamietam czy w kinie, czy na video, czy w telewizji. Obejrzalem go, potem przeczytalem ksiazke Susanna Kaysen, przedtem jednak przeczytalem ksiazke Sylvi Plath. W filmie nie jest to powiedziane do konca jak w ksiazce, ale w tym samym szpitalu (pensjonacie) psychiatrycznym leczyla sie Sylvia Plath i ja to ma na mysli lekaz wysylajacy tam glowna bohaterke mowiac, ze leczyli sie tam tez inni pisarze, tacy jak ona. Film pokazuje szalenstwo kobiece, delikatna granice miedzy normalnosci a szalenstwem. Pokazuje, ze czasami przez szalenstwo mozesz wiele zobaczyc, mozezesz doznac oswiecenia, ktore mozecie rownie dobrze ocalic, jak i zabic. W recenzjach kiedys wyczytalem, ze jest to kobieca wersja "Lotu nad kukulczym gniazdem" - i jest to prawda w pewnych granicach, bo ciezko jest przebic ksiazke Ken'a Kesey'a. Jak tam sami mezczyzni, tak tu same kobiety, szczegolnie mlode kobiety w dziwnych latach szesciesiatych - gdzie hipisi z jednej, a wojna w Wietnamie z drugiej atakowala mlodziencze poszukiwania w czaszce. Susan cierpi na "zespol osobowosci granicznej" (?) i uleczenie zalezy tylko od tego czy chce sie wyleczyc. Tylko ciezki szok potrafi ja do tego zmoblilizowac. Lisa, socjopatka, nie chce sie mobilizowac, ucieka i wraca - godzi sie z socjopatka w sobie, jest chora i ma do tego prawo, prawo do oszukiwania samej siebie - "Nikogo nie obchodzi czy umrzesz Lisa, poniewaz ty juz nie zyjesz. Twoje serce jest zimne. Dlatego wciaz tutaj wracasz. Nie jestes wolna. Potrzebujesz tego miejsca by czuc sie zywa". Film ciezki i skomplikowany jak to zawsze bywa z ludzka psychika na jej granicy i poza nia.

"Wiem jak to jest, chciec umrzec. Wiem jak usmiech moze sprawiac bol. Wiem jak to jest, gdy starasz sie dopasowac ale nie mozesz, jak to jest ranic siebie od zewnatrz starajac sie zabic bol wewnatrz. (...)  Jezeli nic juz nie chcesz czuc, smierc wydaje sie byc snem. Ale, widzac smierc, widziec ja naprawde, czyni to ten sen totalnie niedorzecznym."

"Zyletki sprawiaja bol, rzeki sa mokre, kwas plami, narkotyki powoduja kurcze, bron nie jest dozwolona, gaz smierdzi - rownie dobrze mozesz zyc."

"Nigdy nie wytykaj wariata palcem!"

10:32, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 listopada 2006
Kilka kolejnych filmow

To Wong Foo Thanks for Everything, Julie Newmar (1995) W rolach Drag Queens pieknie utorzsamieni graja Patrick Swayze, Wesley Snipes oraz John Leguizamo. Nigdy nie widzialem tak swietnej roli Patricka. Nie jest to moze aktor genialny, ale tu zagral swietnie. Wesley tez nie pozostawia wiele do zyczenia. Wszyscy odstawieni i po jakims czasie zaczyna traktowac sie ich bardziej jak kobiety nawet. Jest taka piosnka Madonny - "What it feels like for a girl. Zaczyna sie krotka recytacja:
"Dziewczyny moga nosic dzinsy i obcinac wlosy na krotko. Nosic koszule i ciezkie buty ,poniewaz bycie chlopcem jest w porzadku. Jezeli chlopiec chce wygladac jak dziewczyna to jest to ponizajace, poniewaz myslicie, ze bycie dziewczyna to degradacja. Ale skrycie bardzo chcielibyscie wiedziec jak to jest, czyz nie? Jak to byc dziewczyna?"
Wlasnie. I co ma zrobic chlopak, ktory dobrze sie czuje w kobiecym stroju? Czy to oznacza, ze jest tranwescyta? To jest bardzo skaplikowana sprawa. Czasami zwiazana z hermafrodytyzmem, czasami z homoseksualizmem. Noxeema Jackson (Wesley) dokladnie opisuje podzial, rozroznienie : "Jezeli zalozysz sukienke i podnieci Cie to - wtedy jestes Tranwescyta. Jezeli jestes kobieta uwieziona w ciele mezczyzny i jezeli przeszedles "mala operacje" jestes Transeksulaista. Jezeli jako gej masz duzo wieksze jak na jedna plec pojecie tyczace sie mody to jestes drag queen."
Nie wiem czy to jest prawda, bo to nie byl wywod naukowy, bo to byl tylko film, bo znalem przez pewnego geja jedna Drag Queen i  on/ona byl heteroseksulanym mezczyzna.
Jest jeszcze inny film opisujacy Drag Queen : The Adventures of Priscilla, Queen of the Desert (1994). W nim to trojka meczyzn robi wystepy jak Drag Queen, z czego jeden zachowuje sie jak kobieta, drugi ja gej, a trzeci ma dziewczyne i dziecko. Kazdy z nim ma swoj problem ktory rozwiazuje podczas filmu. Ojciec nie wie czy jego syn powinien wiedziec ze ma ojca Drag Queen, ale najwyrazniej nie jest on gejem na pewno - lubi po prostu "wystepy artystyczne". Warto go obejrzec.

15:16, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 listopada 2006
Zapiski podobno sie podobaja

Cos chcialbym napisac. Cos o zyciu towarzyskim. O tym, ze trzeba byc towarzyskim, ze dla firmy, w ktorej sie pracuje wazne jest zycie towarzyskie. Jezeli towarzyskie zycie w firmie kwitnie to firma dobrze prosperuje.

Ja nie utrzymuje zycia towarzyskiego (na srednim poziomie), poniewaz nie sprawia mi to przyjemnosci. Nie jestem osoba, ktora potrzebuje tak wiele bliskosci, lub raczej, tak wiele uwagi. Rozmawiajac z kims, opowiadajac mu o sobie skupiasz na sobie uwage, sprawiasz, ze ktos interesuje sie Twoja osoba. Ja nie potrzebuje takiego skupiania sie na mnie. Wole raczej by ludzie nie zwracali na mnie uwagi. Raz do takiego stopnia niezauwazalnosci doprowadzilem, ze wydalo mi sie przez chwile, ze mnie nie ma - to jest jedno z niebezpieczenstw mojego sposobu postepowania. Wszystko dlatego, ze zazyczylem sobie, by mnie ludzie traktowali jak powietrze, by pozwalali mi sobie pomagac, ale by nie czuli sie w obowiazku odwzajemniania sie. Moze to zabrzmi dziwnie, ale chcialem dzialac, postepowac jak aniol - anioly nie chca niczego w zamian, czuja za jest ich obowiazkiem pomagac. Ktos mi powiedzial, ze ja czuje w sobie powolanie, ze musze pomagac i ze jest to mylne pojecie, ze pojecie takiej misji jest ukrywaniem przed samym soba czegos waznego. Mozliwe. Wracajac do tematu, nie potrzebuje skupiac na sobie uwagi dlatego jeszcze, bo wtedy czuje, ze jestem slaby, ze slabosc zmusza mnie bym skupil czyjac uwage i wtedy to napelnie sie, wzmocnie, nabiore pewnosci siebie. Ja nia lubie byc slaby.

Zycie towarzyskie potrzebne jest firmie bo wzmacnia pewnosc siebie jej pracownikom. Im mniej kompleksow, im wiecej dobrego samopoczucia, wszystkich: good job, good man, you are a star, nice one : tym lepiej. Te nagrody slowne sa stosowane przez kolegow jak i przez przelozonych, ale utrzymuja, tak jak dobre zycie towarzyskie, w poczuciu spelnienia, samorealizacji, poczucia bycia potrzebnym. To jest jedna z rzeczy ktore mi sa potrzebne, bycie potrzebnym. Nie musze na sobie skupiac uwagi poprzez rozmowe. Lubie cos zrobic dla kogos i ciesze sie, ze jest to zrobione ponad jego oczekiwania. Bardzo polubilem ta dewize, ktora z jednej ksiazki wylowilem, by robic wszysto by zwiekszyc oczekiwania klienta.

Ktos mnie raz podejrzewal, ze lubie brylowac w towarzystwie i dlatego czytam ksiazki naukowe. Lubie wiedziec coraz wiecej i umiec coraz lepiej by byc coraz bardziej niezastapionym i by byc coraz lepszym specjalista w swojej dziedzinie, nie dlatego by brylowac, tylko by byc bardziej pomocnym, by czerpac coraz wieksza radosc z tego co robie, w rozwiazywaniu problemow i w odpowiadaniu na pytania - to jest kolejna rzecz, uwielbiam rozwiazywac problemy i odnajdywac odpowiedzi. Chociaz przyznaje, lubie oczarowac kogos rozwiazaniem, gdy tak wielu sie glowi, a ja wiem, ktory dokladnie guzik nacisnac, co dokladnie zrobic, znam dokladna i jakze blyskotliwa odpowiedz. Lubie to uczucie. Jednoczesnie nienawidze uczucia gdy ja sie glowie, a dla wielu jest to tak oczywiste, ze taka prosta jest opowiedz na to pytanie. Czyli, nie lubie przegrywac, bardzo nie lubie. Dlatego tak sie stresowalem grajac w gry komputerowe. Nie wygrywalem grajac w nie, a gdy gralem i tak bardzo sie staralem, ktokolwiek podchodzil do mnie by mi przerwac, dostawal wiazka nienawisci ode mnie. Mozliwe, ze chcialem malym nakladem pracy osiagnac wiele - nie potrafilem dlugo grac, najwyzej godzine, a wiem ze sa tacy, ktorzy graja nocami. Nie lubie gier, na ktore trzeba tyle czasu poswiecac. Gra komputerowa ma byc rozrywka, a rozwryka nie moze trwac tak dlugo. Z dnia czlowieka mozna poswieci najwyzej dwie godziny na rozrywke, ale nie wiecej. Podzial dnia czlowieka pracujacego w biurze:

0700 - 0800 - pobudka, sniadanie
0800 - 0830 - transport do pracy
0830 - 1300 - praca
1300 - 1400 - lunch
1400 - 1700 - praca
1700 - 1740 - transport do domu
1740 - 1830 - obiad (+przygotowanie obiadu)
1830 - 2000 - odpoczynek
2000 - 2200 - film
2200 - 2230 - kapiel
2230 - 0700 - sen (8.5 snu)

Sen mozna skrocic do 6 godzin. Pozostaje 1.5 godziny dla siebie. Moze byc to ksiazka, moze byc to wyjscie na piwo, lub odwiedziny. Moze byc to gra na komputerze, ktora moze pochlonac sen, ukrasc mu do kolejnych dwoch godzin. Zostaja 4 godziny snu. Tez da rade. Tylko nie codziennie. Stan niewyspania jest lepszy niz dzialanie alkoholu. Czlowiek jest bardziej zywy, dziwny, ale bardziej bystry, lepiej myslacy - brak snu wyostrza zmysly. Tak samo jest z "niejedzeniem". Gdy sie lekko zaglodze to sie ozywiam. Gdy zjem, rozleniwiam sie. Dlatego czasami wole umyc naczynia przed zjedzeniem obiadu. Po pierwsze garnki sa jeszcze cieple, latwiej je sie myje. Po drugi, jak wspomnialem, jestem bardziej ozywiony i dodatkowo bliskosc jedzenia przyspiesza mycie naczyn. W rezultacie mam wolne po obiedzie, obiad nie parzy mnie, bo lekko ostygnie gdy ja myje naczynia.

Jednakze, wracajac do tematu, dobra i mila rozmowa z towarzyszami pracy wprowadza usmiech i rozluznienie w pracy czesto tak bardzo meczacej, ze maszyna mozna sie stac. Prawda jest, ze jezeli porozmawiam przez chwile z kims z pracy i nie odczuje przymusu rozmowy, jest to chwila mila, odstresowujaca. Jednakze nie czesto to czynie co jest tylko moja zasluga, choc moze i po czesci brakiem cierpliwosci innych do ciaglego rozpoczynania rozmowy, w ktorej ukracaniu bardzo sie kiedys specjalizowalem.

Brylowanie w towarzystwie. Sydrom wujka. Miejsce akcji: urodziny cioci albo babci. Wujek bryluje, dowcipkuje, opowiada dzieje, przemawia. Na urodzinach przebywa ktos, kto wie wiecej niz wujek, ma sile przebicia, posiada umiejetnosci oratorskie, wybija sie i zaglusza wujka. Teraz to on bryluje. Wujek juz nie jest wujkiem kawalarzem. Teraz juz zsichl. Umarl krol, niech zyje krol. Zawsze byl i bedzie ktos kto panowal przy stole. Tak jest w Polsce, bo w polsce na urodzinach siedzi sie przy stole. W Angli spaceruje sie po ogrodzie, po salonie - tylko dlatego, ze w Polsce nie ma wiele duzych mieszkan, nie jest latwe przemieszczac sie, dlatego wszyscy siedza, siedza i jedza i pija i sluchaja oratora, kawalarza. W Angli zas nie ma jednego oratora, jest tylu ile grupek rozmowcow sie utworzy. Ja nie miewam umiejetnosci przebijania sie. Raz, gdy zabralem glos na cwiczeniach na IV roku studiow zdziwilem sie samym soba. Zabralem glos, powiedzialem swoje i nagle sie zreflektowalem, ze ja mowie, a wszyscy mnie sluchaja. Nie planowalem posluchu, chcialem tylko cos powiedziec.

15:16, czokczok , Notki
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 listopada 2006
Szuranie kapciami

Kiedys moi rodzice poslali mnie do szkoly muzycznej, mnie i mojego brata. Dostalismy karteczki do "losowania" instrumentu. Chcialem wylosowac pianino, ale jakos mi i mojemu bratu przyporzadkowali skrzypce. Zaczalem od klasy zerowej, a brat od klasy pierwszej. Nie chcialem byc w tej samej klasie co brat, wystarczylo ze chodze z nim do tej samej klasy w szkole podstawowej. W zerowce skakalem w stroju gimnastycznym do rytmu i rysowalem kwadraty lub kolka by odroznic pol tonu od calego tonu. W tym samym czasie moj brat zrezygnowal ze szkoly muzycznej. Rodzice zapytali sie go czy chce grac dalej, a on odpowiedzial, ze nie, wiec nie. Ja zostalem. Pierwszy rok zaczal sie od cwiartek, najmniejszego rozmiaru skrzypiec. Lekcje odbywaly sie juz na pietrze. Nie musialem chodzic w smiesznym stroju gimnastycznym, nie musialem sie ograniczac tylko do parteru. Chodzilem na lekcje skrzypiec, umuzykalnienie, potem dodatkowo lekcje pianina, chor, zespol (kwartet smyczkowy) i orkiestra. Chodzilem po pietrach szurajac po dywanie w obuwiu zmiennym, wdychalem zapach morow i farby pokrywajacej wygluszacze scienne, zmienialem rozmiar skrzypiec przez polowki, trzy czwarte, az w koncu zaczalem grac na calych. Czekalem na zajecia sluchajac przez drzwi innych uczniow szlifowanie utworow. Gdzies tam ktos mnie zobaczyl, ktos mnie zapamietal, ale ja nic nie pamietam, ja tam tylko gralem, ja tam raczej nie rozmawialem. Nauczycielka od skrzypiec powiedziala kiedys mamie, ze stara sie ze mna porozmawiac, ale jakos nie za bardzo chce sie otworzyc. Nie czulem potrzeby i nie odczuwalem w tym jakiegos braku.

Lekcje odbywaly sie o 16 lub 17 prawie codziennie. Nie kolidowalo to zazwyczaj z lekcjami w szkole podstawowej, choc raz jedna nadgorliwa wychowawczyni mojej klasy nie chciala wyrazic zgody. Tylko dlatego ze wczesniejsza tak ja postraszyla nami, jako najgorsza klasa, a poza tym ja mialem dlugie wlosy, ktore kazala mi zciac. Po czasie zobaczyla jednak, ze jestesmy normala, zdrowa klasa i puszczala mnie na zajecia w szkole muzycznej, a moje wlosy pozostaly dlugie. Na zakonczeniu osmych klas po zagraniu koncertu przed cala szkola, na osobnosci zegnajac sie powiedziala, ze wywoluje u niej odczucia matczyne. Takiej reakcji u kobiet postanowilem sie wzbraniac i robic wszystko by sie nie powtarzaly.

Do ostatnich klas u naszej nauczycielki dotrwaly trzy osoby, dwie dziewczyny i ja. Ola i Karolina byly raczej piatkowymi uczennicami. Ja sie wachalem miedzy czworka a trojka. Z Ola na poczatku razem wracalem z zajec, to znaczy, wracalismy z rodzicami i mimo, ze puszczali nas przodem to ani ja do niej ani ona do mnie nie lgnela - szlismy obok siebie sztywno jak w wojsku. Karolina byla troche mniej pracowita od Oli, czasami nawet spadala na moj poziom, ale w ostatniej klasie rzebila sie do poziomy Oli. Zakonczylismy w trojke. Ja jako rodzynek, a one jako uczennice piatkowe.

W ostatniej, szostej klasie szkoly muzycznej stwierdzilem, ze nie jestem tak bardzo genialnym skrzypkiem. O pianinie tez nie moglem myslec. Chcialem isc do sredniej szkoly muzycznej i musialem wybrac instrument glowny. Wpadla mi do glowy perkusja, nie moze byc chyba nic prostszego - tak pomyslalem. Zaczalem chodzic na zajecia, stukalem paleczkami w domu o przygotowana wykladzine wypchana wata przybita do debowej deseczki i szlo mi calkime niezle. Poszedlem na egzamin. Zapomnialem nut na egzamin z perkusji, ale pomimo tego zagralem po prostu avista i pieknie im wszystko wysukalem. Niestety egzamin pisemny oblalem totalnie i genialnie zdany egzamin z perkucji nie byl w stanie mnie wybronic. Pierwsza wielka tragedia edukacyjna w moim zyciu. Z jednej strony czulem jakby ulge, ze nie musze, z drugiej strony czulem sie totalnie odrzucony.

Zaczalem chodzic na ognisko muzyczne w klasie gitary i by nadal sie pocieszac, w akcie rozpaczy poszedlem do X L.O. na profil muzyczny. Kazdy z naszej klasy "musial dobrowolnie" spiewac w chorze albo grac w orkiestrze by ukwiecac wszystkie akademie, po to by zajmujace sie tym kobiety mialy zajecie i by mogly swiecic przed dyrektorem umiejetnoscia tworzenia tak pieknych akademii. Dobra inwestycja - zebrac muzycznych frajerow i niech robia akademie. Jedna byla w tym rzecz dobra ze podszkolilem sie w grze na pianinie. I tak znowu szuralem w kapciach z powodu muzyki, tym razem po parkiecie, bardzo znanym parkiecie.

Przez caly czas szkoly podstawowej gralem z nut na poziomie dostatecznym. W klasie gitary moj nauczyciel, kierownik ogniska muzycznego, u ktorego zaczalem uczyc sie na dopiero drugim roku (wczesniej byla to byla nauczycielka kontrabasu, ta sama ktora prowadzila zespol, kwartet smyczkowy) pokazal mi ze istnieja tez inne frazy, inne niz klasyczne. Ze mozna inaczej zagrac, ze mozna "samemu sobie" zagrac. Zaczalem grac z kaset, zaczelem grac piosenki zwyklymi chwytami. Zaczalem wymyslac melodie. Na poczatku kilka dzwiekow, potem kilka linijek. Chcialbym tu podkreslic z nadal nie potrafie zagrac zadnego utworu bez bleduMoi znajomi, ktorzy graja na tym czy tamtym graja bez bledu w tak oczywiscy sposob jak slonce swieci a deszcz pada. Dla mnie nie jest to tak oczywiste. Odkad gralem na skrzypcach, na pianinie, gitarze, zawsze sie gdzies potknalem, zafalszowalem. Jedynie swoje utwory jakos latwiej mi pod palce podchodzily. Moze zaczalem po prostu wymyslac utwory, ktore jestem w stanie zagrac. Moze sa dostosowane do mojego ukladu palcow.

Zapisalem sie niedawno do szkoly muzycznej w Leeds, w Angli. Tylko na umuzykalnienie. Maja tu inny sposob stopniowania, ale nie musialem wykazywac sie zadnym dokumentem ukonczenia szkoly - wystarczylo ze im powiedzialem, ze to i tamto juz wiem. Zaczalem od stopnia 3 by zakonczyc na 5, po to by udac sie na kurs harmoni i komponowania. Juz nie musze szurac w kapciach.

15:54, czokczok , Notki
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 listopada 2006
Poniedzialkowy napad

Inside Man (2006) w rezyserii Spike Lee. Nakrecano go 94 dni. Czytalem opinie o wybitnym niewykorzystaniu potencjalu tego filmu jezeli chodzi o kazdy jego aspekt: rezyserie, aktorow, akcje. Moze troche w tym prawdy.
Moim zdanie zadaniem tego filmu  bylo zaprowadzic do nikad. Policjant nie odkrywa organizatorow napadu. Organizatorzy nie pokazuja co zrobia z zagadkowym dokumentem. "Platny pelnomocnik" (negocjator) wlasciciela banku nie odbiera waznego dokumentu od rabusiow, wie tylko, ze kiedys, gdzies ten dokument bedzie przedmiotem szantazu. Byl napad, byli zakladnicy, nic nie ukradziono ze skrytki, ktora nie istnieje w rejestrach banku, poniewaz byla to sekretna skrytka wlasciciela banku. Szef policji w zainstnialych okolicznosciach zamyka sprawe. Czym jest ow wazny dokument? Pelna informacja o wlascicielu banku, ktory dorobil sie na interesach z nazistami w czasie drugiej wojny swiatowej. Pozniej staral sie zmazac swoja wine stajac sie wielkim dobroczyncom judaistow. Byli jednak tacy ktorzy znali jego tajemnice, wiedzieli do jakiej skrytki uderzyc. Genialny napad bez sladow rabunku.

Prawda jest ze kazde klamstwo, kazdy zly uczynek smierdzi. Mozesz przykryc je na jakis czas, ale one nie znikna. (...) Szacunek jest najwieksza waluta. Okradlem czlowieka, ktory wytargowal sie za kilka dolarow. A potem staral sie zmazac swoja wine, ukryc w zyciu pelnym dobrych uczynkow i ogromie szacunku. Prawie mu sie udalo. Ale jest to nieuniknione, ze im dalej uciekasz od swoich grzechow, tym bardziej wyczerpanym one Cie ponownie zlapia. A zrobia to z pewnoscia, nie zawioda Cie w tym.

12:56, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »