Kategorie: Wszystkie | Dawno przeczytane | Film | Notki | Składanki | Wycieczki
RSS
czwartek, 27 listopada 2008
Skojarzenia

Im jestem starszy, co prowadzi do coraz to wiekszej kumulacji wspomnien w mojej glowie, tym czesciej pewne zapachy przypominaja mi mile chwile i tym wiecej tez takich zapachow czuje. Na przyklad zapach pomaranczy i kawy swiezo zaparzonej, w polaczeniu z szybko zachodzacym jesiennym sloncem pachnie jak zblizajace sie swieta. Zapach lekko wilgotnej podlogi betonowej przypominaja mi czasy, gdy wyznaczalem punkty, pod nowe kolumny w przebudowywanym budynku w Gdyni. Z kolei zapach obiadu, albo raczej unoszacej sie wszedzie pary wodnej nasyconej potrawami, ktora nie moze uciec oknami, ktora unosi sie w chlodnym, zamknietym pomieszczeniu, kojarzy mi sie ze stolowka i przeplywaniem milych uczuc spowodowanych obecnoscia ludzi, ktorych mozna poznac, z ktorymi mozna porozmawiac w kolejce z taca po zupe, lub tez drobiac lekko rozgotowane ziemniaki i chrupiac surowke z czerwonej kapusty. Z drugiej strony nie sa to tylko zapachy, ale tez odczucia ciala, czy to jakies szczegolne mrowienie, bol tepy, czy obcy chlod, przyjemne dreszcze. Wszystko sie z czyms laczy dajac zludzenie déjà vu i bardzo to mnie elektryzuje, gdy zupelnie nie wiem z czym mi sie to cos w danej chwili kojarzy, wiedzac ze z czyms musi, gdyz czuje cos, nie mogac nazwac czasu. Wtedy to tak bardzo chce wiedziec, jakby ta lacznosc z przeszloscia stala sie dla mnie smiertelnie wazna, jakby od niej moje szczescie zalezalo, jakby bylo to zozumieniem jakiejs szczegolnej dla mnie madrosci. Bo wertowanie przeszlosci, tym sposobem (jak i kazdym innym), spogladanie na pewne chwile z perspektywy czasu, prowadzi do nowych wnioskow - "czytajac" swoja przeszlosci mozemy sie wiele nauczyc, jezeli tylko jestesmy wystarczajaco na to otwarci. Obym nigdy nie powiedzial sobie ze zjadlem wszystkie rozumy i ze pojalem dzialania i zachowania wielu, niezaleznie od mojego wieku. Kiedys mi ojciec mowil i ludze ludzie starsi podobnie prawia, ze jezeli bedzie sie w ich wieku to zrozumie sie pewne rzeczy w zupelnie inny sposob, glebiej i lepiej, niz kilkanascie lat wczesniej, gdy myslalo sie, ze pojelo sie i poznalo dany temat na wskros. Sklaniam sie bardzo do tej teorii, nawet jezeli mnie korci orzec, ze juz teraz cos w calosci zrozumialem. Na wszystko trzeba czasu, a madrosci nabiera sie z wiekiem, z ktorym to wlasnie obrastamy w doswiadczenia (wspomnienia) - za kazdym razem inna jest ta madrosc i za kazdym razem przynosi inne wartosci.

18:37, czokczok , Notki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 listopada 2008
Różne spojrzenia na wierzenia
Piątek27/06/08. The Man from Earth (2007)
Ten film mnie naprawdę zaskoczył. Dwno się tak bardzo nie zdziwiłem i do czegoś tak bardzo nieprawdopodobnego nie przykulem. Dosłownie wessała mnie ta historia. Pewien nauczyciel John Oldman mieszkający na odludzi, zaprasza swoich przyjaciół na pożegnalne spotkanie. Chce oddać im dom, meble dać na dobry cel, a sam się spakować i wyjechać, zrywając ze wszystkimi kontakt. Jego przyjaciele zaś to wielkie umysły, ludzie pełni wiedzy, ludzie o szerokiej świadomości, wysokim stopniu analizowania wielu nieprawdopodobieństw. Dlatego też takim to pewnie ludziom John chce przedstawić pewne założenie. Poddaje pod dyskusje możliwości istnienia kogoś kto żyje od czasów prehistorycznych aż po dzień dzisiejszy, kogoś, kto widział ruchy kontynentów, upadki cywilizacji, narodziny wierzę i religii, przewroty, rewolucje - dzieje całej Ziemi z perspektywy jednego człowieka, który mógł nawet w znaczący sposób wpłynąć na jej historię i obserwować skutki tych zmian. Wyobraźmy sobie, że proces naszego rozwoju, dojrzewania, starzenia, jakkolwiek to nazwać, zatrzymuje się na poziomie trzydziestu lat. I w tej formie żyjemy tysiące lat. Musimy zmieniać co kilka lat czas miejsce zamieszkania, stawać się innym człowiekiem, by ludzie nie podejrzewali jakichś sztuczek diabelskich, totalnej inności. To wielka dysputa o nieśmiertelności i bardzo dobrze jest jej się przysłuchać w cieple domowego ogniska.

Środa 02/07/08. Levity (2003)
Film o drodze do odkupienia. Manuel Jordan (Billy Bob Thornton) siedział w więzieniu za zamordowanie chłopaka; bezmyślny napad na przydrożny sklep. Wychodzi z więzienia odmieniony. Chce odkupić swoje grzechy, chce odpłacić tym, którym uczynił tyle zła. Znajduje mieszkanie matki dziecka, Adele (Holly Hunter). Cudem, dziwnym zbiegiem okoliczności podnosi słuchawke dzwoniącego telefonu, naprzeciwko sklepu, w którym dokonał złego uczynku. Dostaje w ten sposób prace u pastora Mileasa (Morgan Freeman), który ma dużą wolę odciągnąć młodzież od zgubnego imprezowania, przemocy, kradzieży. Manuel zaś snuje się miedzy domem pastora a domem Adele starając się czynić właściwie, znaleźć odpowiednia drogę odkupienia. Robi to jednak zbyt usilnie, przez to zbyt ociężale, a sam pastor szczerze tylko wierzy w siłę kłamstwa.

Czytałem pewną książkę stworzoną w XI wieku. Autor napisał w niej, że jeżeli chce się dokonać wielkiej poprawy, należy wykonać pięć kroków. Pierwszy krok zawiera całkowite poznanie tego co się uczyniło. Drugim jest skrucha. Trzeci mówi o pogodzeniu się ze swym sąsiadem. Czyli, gdybyś ukradł mu kiedyś kurę, powinieneś przynieść mu druga w zamian. Dopiero wtedy będziesz w stanie dojść do kroku czwartego, który mówi o pogodzeniu się z Bogiem. Ale póki nie osiągniesz kroku piątego, póty nie zostaniesz naprawdę odkupiony. Musisz znaleźć się w tym samym miejscu i w tej samej sytuacji, tam gdzie zły uczynek się dokonał, bo to uczynić wtedy inaczej. Tylko, że ja nie mogę wrócić życia temu chłopakowi, w taki sam sposób jak oddać skradziona kurę. Zdałem sobie z tego sprawę już 23 lata temu. Nie wierze również w jakiegoś tam Boga, który otworzy przede mną ramiona, nawet w przypadku, gdybym w niego uwierzył. I tak odpada krok trzeci i czwarty. Co do kroku piątego, czas czyni niemożliwym, byśmy mogli się znaleźć w tym samym miejscu dwa razy, jakkolwiek silnie byśmy tego pragnęli. Dlatego też wiem, że nie zostanę odkupiony.

Po co bać się Boga, w którego się nie wierzy?

Poniedziałek 22/07/08. Dogma (1999)
Kolejne dziełko absurdalnej serii Kevina Smitha. Oto dwoje aniołów wyjętych spod prawa boskiego, miecz gniewu bożego anioł Loki (Matt Damon) i jego kumpel anioł Bartleby (Ben Affleck). Mają już dosyć szlajania się po ziemskim padole i odkrywają sposób, który uszedł boskiej uwadze. Jeden z księży (czyli ręka i prawo boskie na ziemi) daje odkupienie i zbawienie za darmo. W tym samym czasie Azrael, anioł zbuntowany (znaczy że piekła) chce im w tym pomoc - doprowadza do uciszenia samego Boga, ogłoszenia niejako sobie tylko znanym sposobem (posługując się pieskami diabła). Brzmi to apokaliptycznie, ale takim nie wygląda - świat z ogłoszonym Bogiem jakoś się powierzchownie kręci. Metatron (Alan Rickman) zostaje wysłany by ostatnią potomkinie syna bożego, Jezusa namówić do tego by udaremniła ona poczynania dwóch aniołów - bowiem gdy oni zostaną zbawieni, prawa boskie legną w gruzach i wtedy naprawdę nadejdzie apokalipsa. Pomaga im w tym para proroków wybrańców Jay i Silent Bob oraz trzynasty i jedyny czarny apostoł Rufus, i oczywiście muza Serendipity (Salma Hayek). Zagląda świata wisi na włosku z diabelską pomocą, a z powodu anielskiej dumy. Koncepcja naprawdę ciekawa i warta obejrzenia z lekko przymrużonym okiem. A dlatego jest to kolejny film z serii, bo tak się właśnie dziwnie łącza i przeplatają filmy Kevina Smitha. Ci sami bohaterowie, łączące się fakty i zdarzenia, cudownie obrazoburcze dialogi. Nie jest to kino geniuszem przepełnione, ale na swoim poziomie całkiem udane, czyż nie?

Wy ludzie! Jeżeli nie ma o tym filmu, to nie warte by w o tym widzieć, czyż nie?

20:05, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 listopada 2008
Filmy napięte i czernią przepełnione
Wtorek 11/03/08. Two for the Money (2005). Historia byłego sportowca Brandona (Matthew McConaughey), byłej gwiazdy amerykańskiego footballu na poziomie juniorów, który po pewnym wypadku mógł na zawsze pożegnać się z karierą sportowca. Oczywiście się świetnie prezentuje, dba o siebie i jest nadzwyczajnie wysportowany, ale kontuzja nie pozwala mu na tak kontaktowy sport. Ma szarą pracę w zwykłym biurze, gdy nagle dostaje ofertę pracy od największego człowieka w dziedzinie doradców typowania wyników sportowych (nie miałem pojęcia że takie zawody istnieją). Bo nasz młody bohater dzięki swojej wiedzy i wyobraźni sportowej z istotnym dodatkiem szczęścia potrafił wytypować wygraną z prawie 100% skutecznością. Tak właśnie jego życie łączy się z życiem Waltera (Al Pacino). Gdy Walter mówi o swoich klientach, o ryzyku, które podejmuje on gwarantując celne obstawienia, gdy mówi o każdym ryzykownej serze życia, aż ślinka cieknie, aż to wciągać zaczyna, bo Walter niestety jest uzależniony od hazardu. Rzucił go, nie 'uprawia go' z wielką przysięgą złożoną swej żonie, dlatego prowadzi taki właśnie interes, by być blisko tego interesu, by móc trochę pokusić, trochę poczuć tą napięta niteczkę hazardu. Brandon zostaje wyciągnięty przez Waltera na czołowego "typera"; stawia on na niego wszystko, wierzy w niego by się zupełnie zgubić w tej wierze, w podświadomym hazardzie życiem. Bo jego życie staje się podobne do pracy alkoholika za barem.

Jesteście durniami. Tak jak w niesprawnym samochodzie jest coś w was jest nie tak. I ty i ja, my wszyscy jesteśmy durniami. Wyglądamy jak każdy inny człowiek, ale to co nas wyróżnia, to właśnie nasz defekt. Większość hazardzistów, gra po to by wygrać. Kiedy my idziemy grać, idziemy po to by przegrać. Robimy to podświadomie. Co do mnie, czuje się dużo lepiej, gdy zabierają mi wszystkie moje żetony, a nie oddają. I każdy z was wie o czym mówię. Nawet gdy wygrywamy, jest tylko kwestią czasu, gdy przegramy całą swoją wygraną. Ale kiedy przegrywamy, to zupełnie co innego. Kiedy przegrywamy, a mówię tutaj o tego rodzaju przegranej, gdy naprawdę zaczynami cienko śpiewać (wiecie o czym mówię), odczuwamy wtedy w sobie najgorszy z możliwych koszmarów (...) i gdy tak stoimy, uświadamiamy sobie nagle, że mimo wszystko nadal tu jesteśmy, nadal oddychamy. Bo my robimy to wszystko celowo. Odczuwamy niepohamowaną potrzebę udowadniania sobie ze żyjemy. Hazard nie jest naszym problemem. Problemem jest ta potrzeba udowodnienia sobie ze żyjemy.

Niedziela 09/03/08. Michael Clayton (2007). Scenarzysta The Devil's Advocate, Armageddon, całego Bourne'a. Tym razem udało mu się w końcu wyreżyserować swój scenariusz i to z powodzeniem. Michael Clayton (George Clooney) pracuje dla wielkiej firmy prawniczej na Manhattanie. Jego zadaniem jest naprawianie, doprowadzanie do porządku sytuacji, które są w stanie bardzo zaszkodzić jego firmie. Coś jakby czyściciel, The Wolf z Pulp Fiction. Jego życie jednak nie jest cudowne i praca też mu nie sprawia wielkiej przyjemności. Jego przyjaciel Arthur (Tom Wilkinson), najlepszy adwokat firmy, doznaje szoku, z oczu łuski mu schodzą gdy widzi jakich spraw broni. Staje się prawdziwy i prawy, co w oczach ludzi wygląda na totalne postradanie zmysłów. Michael ma się tym zająć. To bardzo zawiła historia o tym co prawe, o tym co się opłaca, o tym co jest ważne i na ile można się poświecić prawdzie, a na ile firmie. Trzymana w napięciu akcja skacze z jednej postaci na inna i do końca nie wiadomo komu się uda, kto wygra tą rozgrywkę. Cztery genialne kreacje: George Clooney, Tom Wilkinson,  Tilda Swinton oraz Sydney Pollack. Film naprawdę dobry, mocny i intensywny - żadne tam paplanie i naciąganie akcji jak gumki w majtkach, ale pełna wiary walka gdy stawia się na szali całe życie.

uwierz mi , że nie jest to zwykłym tylko szaleństwem (...). Dwa tygodnie temu wychodzę z biura, idę szóstą aleją, a po drugiej stronie czeka na mnie samochód. Mam dokładnie 38 minut by dostać się na lotnisko i dyktuje. Obok mnie pędzi ta spanikowana asystentka, skrobiąc coś w swoim notatniku i nagle zaczyna krzyczeć. Dochodzi do mnie, że stoimy po środku ulicy, światła się zmieniają i jedzie na nas ściana samochodów, a ja stoję jak słup, nie mogę się ruszyć. Nagle uświadamiam sobie, że jestem pokryty jakaś powloką. Jest w moich włosach, na twarzy - to jakby polewa, (...). Jest to swego rodzaju płyn płodowy, którym jestem przemoczony. Przepoczwarzyłem się, ponownie się narodziłem. Przez ten pęd samochodów, ciężarówek, hałas klaksonów, krzyki myślę sobie, nie, nie, nie, to nie jest ponownym narodzeniem. Jest to wirująca w głowie iluzja odnowy pojawiająca się tuż przed śmiercią. Ale wtedy znowu dochodzi do mnie, że właśnie nie, nie, to zupełnie nie to, ponieważ gdy patrzę na nasz budynek to doznaje tego szczególnego momentu klarowności (...). Uświadamiam sobie, że nie wyszedłem przez wrota naszej ogromnej firmy prawniczej, ale z odbytu cielska, którego jedyną funkcją i zadaniem jest wydalać truciznę, amunicje, środek niszczący, potrzebny większym i potężniejszym organizacjom chcącym dokonać zniszczenia cudu ludzkości. Ja zaś byłem pokrywany tą powloką gówna przez najlepsza cześć mojego życia. Jej odór i paskudne po niej ślady zabrały całe moje istnienie.

Niedziela 06/07/08. Running Scared (2006). Prawie cała akcja tego filmu dzieje się w nocy, wieczorem, o zmroku. Pokazuje on świat zły. Opowiada o ludzkich pragnieniach, marzeniach, chorobach, zepsuciach. Film opowiada o kontaktach policji z mafią, jak to jedno przyzwala drugiemu na coś pewnym oczywiście kosztem. Niestety w ten mroczny i lepki kontakt wplątuje się dziecko, smutne dziecko, syn rosyjskiej prostytutki, nad którą surową opiekę rozpościera fan Johna Wayne'a, człowiek chcący być honorowym, ale zupełnie splatany przez przynależność do mafii, przez pragnienie bycia bohaterem, bycia męskim na wskroś. Dziecko to, Oleg, odkrywa ze swoim kolega z sąsiedztwa Nikiem, że ojciec Nicka, Joey, ukrywa w ścianie piwnicy broń, której powinien się zawsze po akcji pozbywać. Joey też jest niestety pieskiem mafii. Oleg wykrada jeden rewolwer z piękną rękojeścią i to staje się początkiem całonocnych konfliktów, pogoni, walki. Oleg nienawidząc swojego ojczyma postrzela go, po czym ucieka w mrok miasta, w jego najgorsze rejony. Miasto przedstawia się pod postacią złego i sunącego się jak cień bezdomnego, prostytutki o złotym sercu, małżeństwa o duszy podłej i chorej, ludzi ociekających żądzą władzy nad innymi. Wszystko napięte na ostatni guzik, a wzroku oderwać od filmu nie sposób.
20:45, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 listopada 2008
Dwunastoletnie kafelki
W 1996 roku te oto kafelki zostały zaprojektowane przez dzieci z sąsiadującej szkoły oraz przez mieszkańców Burley Lodge:



00:31, czokczok , Notki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 listopada 2008
zimne obrazy
Poniedziałek 11/08/08. The Night Listener (2006)
Historia gospodarza audycji radiowej, Gabriela, który traci wenę, nie czuje tego co mówi, a czym były historie wymyślane przez niego, krótkie opowieści, raz oparte na jego życiu, czasami fikcyjne. Właśnie w okresie suchym i szarym dla niego, trafia w jego ręce maszynopis powieści napisanej przez nastolatka, opisujący ciężkie i traumatyczne życie dziecka. Chłopak ten o imieniu Pete okazuje się wielkim fanem Gabriela. Gabriel po przeczytaniu tej genialnej opowieści,  ale i przerażającej tak w dojrzałości pióra jak i całej historii, kontaktuje się z Petem. W rozmowie telefonicznej Pete okazuje się tak samo dojrzały, ale i pełen szczęścia i otwartości dla swego idola. Przez jakiś czas Gabriel prowadzi te rozmowy, które tak jemu jak i Pitowi dają miłe poczucie wypełnienia i zrozumienia. Poznaje nawet jego matkę. Postanawia odwiedzić ich i wtedy to pojawiają się dziwnie nieprzyjemne przeszkody ku temu. Piękny kontakt fana i jego idola przykrywa skrzywienie, zmętnienie. Jest to tak bardzo ciekawy film jak dobre są kreacje Gabriela (
Robin Williams), Peta (Rory Culkin) i jego matki (Toni Collette). Ma on lekko niepokojący rezonans w sobie, taki jaki pojawia się czasami w historiach Stephena Kinga - tutaj jest jednak subtelniejszy. W normalnej okolicy o zwykłej porze, rzeczy mogą się wydać zupełnie inne niż mogły by się wydawać - jedni je zostawiają w spokoju, innych zaś ciekawość wciąga w niezrozumiały labirynt (zaczynam się wysławiać jak Żelipapą).

Sobota 09/08/08. It's a Free World... (2007)
Opowieść o tym co mogło dotknąć polskich emigrantów w Londynie. Zimna to historia wywołująca  przerażenie niepewności jutra. Angie pracując dla angielskiej agencji rekrutacyjnej zdobywa nowych pracowników robiąc zwyczajowy nabór w Polsce. Gdy wraca do Londynu, zostaje wylana. Ma już tego dość bo to już nie pierwszy raz. Wierzyc w siebie, w nabyte doświadczenie, ze swoją koleżanką zakłada firmę rekrutacyjna, na początku nielegalna. Zdobywa sympatię zakładów pracy, robi nabory na tyłach zaprzyjaźnionego pubu. Jednak co krok, z obliczu napotykających ją przeszkód, przekracza kolejne granice - albo ona albo oni. Mimo jej śladowej dobroci i gotowości pomocy, staje się dziwnie, nienaturalnie zimna, niszcząc tych, którym pomogła. Interesy wymagają czasem ofiar i ona woli by ktoś je poniósł, a nie ona. Film wzbudził w mnie obcość podobną do zimnego ostrza w plecach - lepiej bym się czuł gdyby ktoś się po mojej twarzy butami przeszedł.

Piątek 10/10/08. Captivity (2007)
Namawiano mnie bym zdobył i obejrzał ten film. Mimo niskich jego ocen w końcu skierowałem swoje zniechęcone od początku spojrzenie. Z jednej strony to kolejna historia porwania i wywierania tortur psychicznych na ofierze. Znana z okładek pism Jennifer zostaje uprowadzona. Budzi się w swoim łózko z pięknym widokiem na morze - niestety jest to tylko film wyświetlony na ścianie, a łóżko stoi w zimnej piwnicy. Podobne jak w przypadku Saw, ale tym razem nic złego z ciałem ofiary się nie dzieje. Jest to tylko tortura psychiczna, choć z drugiej strony opiera się na straszeniu i terrorze wywołanym z obrazów tortur innych ofiar. Pojawia się drugi porwany, Gary. Oboje z Jennifer znajdują w sobie ukojenie i ratunek, ale oprawca najwyraźniej bawi się nimi, obserwuje ich jak szczury w klatce. Nagle historia zmienia perspektywę i widzimy oprawce jak robi obiad, kąpie się, żyje spokojnie w spokojnym domku i nie wydaje się jakby odmienny od reszty spokojnych ludzi. Ciekawy to przeskok, przez który film staje się raczej wariacją na temat filmów tego typu. Każdy by chciał zobaczyć co się dzieje po drugiej stronie, zobaczyć życie oprawcy, bo terror ofiary może się przecież znudzić. Film na końcu zaczyna się rozciągać i tracić realności własną. Ja jednak w taki sposób wole na niego patrzeć. Widzę oczywiście słabość tego filmu, niedociągnięcia, i bliskość do gniotu, kiczu, widzę płaską i pustą grę aktorską, luki i braki logiki w scenariuszu, ale jest w tym filmie coś, jakiś czar. To jakby szukanie diamentów w brei, w śmietniku. Może to strata czasu, a może miło poczuć jakiś mały miły błysk kontrastujący z niewartą uwagi szarą masą? Takie właśnie ten reżyser Roland Joffé, robi filmy: The Scarlet Letter (1995), Super Mario Bros. (1993), aż dokopując się do genialnego przecież The Mission (1986)
21:08, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 listopada 2008
Mówią że to 10 razy większy przełom niż upadek muru berlińskiego
Jako że wygrał ten, na którego wszyscy liczyli, proszę, oto link, do blogu, który już długo istnieje, ale nie jest za późno by sobie poskładać prezydenta Obamę.

build-o-bama

(tam to znajduję się dalsze instrukcje jak załadować PDFa).
21:30, czokczok , Notki
Link Dodaj komentarz »
Impostor
Wtorek 23/04/08. Gattaca (1997)
Nie ma jak Sci-Fi. Oto pierwszy film reżysera Lord of War (2005), scenarzysty The Truman Show (1998). Jest nim Andrew Niccol. W sumie wyreżyserował cztery filmy, a scenariusz napisał do sześciu (w tym nie ukończony jeszcze film o Salvadorze Dali). Kiedys mówiono, że dziecko poczęte z miłości ma większą szansę na szczęście. Teraz już tak nie mówią. Oto historia opisująca czasy, gdzie tylko ludzie doskonali genetycznie mają czansę na lepszy rozwój, na szczęście, a może i na panowanie. Ten, który jest słabszy, chorowity, mniej wytrzymały idzie na straty. Vincent (Ethan Hawke) nie był doskonały - był całkiem zwyczajnym dzieckiem. Miał jedno wielkie pragnienie - chciał wylecieć w kosmos, stać się kosmonautą. Nawiązał kontakt z kimś kto chciał wedrzeć się w zamknięte środowisko doskonałych genetycznie nadludzi, zwanej Gattaca. Zamieszkał z przygwożdżonym do wózka byłego sportowca Jerome (Jude Law), którego materiał DNA był wystarczająco doskonały. I tak Jerome zaopatrzył go w próbki naskórka, moczu, krwi potrzebne do przedarcia się do jednostki gdzie przebywali doskonali. Powstał nowy Jerome, Jerome sprawny. A wszystko nie tylko po to by sen Vincenta urzeczywistnił się, ale po to też, by udowodnić, że nie trzeba mieć doskonałego DNA by być wystarczająco doskonałym.

Nie tylko wydaje mi się, że zaczniemy manipulować Matką Natura. Myslę, że Matka natura chce tego - Willard Gaylin

Poniedzialek 01/10. The Hoax (2006).
Kolejna historia podszycia się. Wielki Howard Hughes, ten sam, którego życie opisane było w filmie The Aviator (2004). Oto Clifford Irving wpada na genialny pomysł. Odkąd Howard nigdy nikomu nie udzielił wywiadu, jak i niewielu jest, którzy byliby w stanie opisać jego życie, Clifford ogłasza wszystkim (by podtrzymać kontrakt z wydawcą, którego wiara w jego umiejętności podupadła po ostatniej książce), że on to otrzymał od Howarda Hughesa zgodę na napisanie jego biografii. Nikt nie może temu zaprzeczyć, bo nikt nie jest w stanie skontaktować się z wielkim Howardem - on nawet listów nie przyjmuje. Clifford posiadając jakieś skrawki (niektóre będąc zmuszonym ukraść podstępnie), ratuje się tym, że sam kreuje Howarda, sam się w niego wciela, sam go odgrywa prowadząc z nim (sobą) ciągnące się w nieskończoność wywiady. Udaje mu się nawet sprzedać zanim nawet została napisana, tą zmyśloną, bezcenną biografię, o prawa do której wielu walczyło, Prowadzi to niestety jego i przyjaciela, który wspomagał go w tej grze, w wielkie tarapaty, gdzie waży się życie, przyjaźń, jak i nawet utrata własnego ja. Richard Gere wcielający się w Clifforda, z takim urokiem to czyni, że naprawdę ciężko oderwać się od ekranu.

Piatek 31/10/08. Un héros très discret (1996)
A teraz oszustwo genialne. Nikodem Dyzma stworzył wokół siebie historie jakby z przypadku. Bo nie starał się podszywać, ukartować wielkiego siebie, który doszedł z poziomu sutereny do propozycji premiera. To się jakoś tak stało, a on po prostu nie zaprzeczał, tylko szedł bezkompromisowo, na pewniaka. Ta zaś historia opisuje życie francuskiego jedynaka, Alberta Dehousse (Mathieu Kassovitz), który w obliczu sławy wojennej swojego ojca sam pragnie zostać bohaterem. Gdy wybucha druga wojna światowa, okazja wydala się znakomita, ale jako jedynak, jako jedyny mężczyzna w rodzinie, nie został pobrany do wojska. Gdy Francja poddaje się Niemcom, fascynuje go ruch oporu, z którym niejako zaczął współpracować - żony jego znajomi byli z tym związani (chyba). Nie było to jednak tym, czego pragnął. Zostawił więc swoje życie za sobą i uciekł do Paryża. Tam poznał odznaczonego członka ruchu oporu, który bywał w Niemczech, w Anglii i opowiedział mu wiele zwiększając jego apetyt. Gdy wojna się zakończyła Albert krok za krokiem zaczął wcielać się w kogoś kim nie był, w sprawdzonego w boju członka ruchu oporu, który bywał, który działał, któremu można zaufać, którego można obarczyć bardzo odpowiedzialnymi zadaniami. Wszystko oparł zaś na wycinkach z gazet, zasłyszanych historiach, wielkiej bazy z nazwiskami, z której to wiele skorzystał, jako sekretarz wysokiego działacza Francji, który współpracował z Niemcami jak i z Francuzami w czasach okupacji niemieckiej. Główny nasz bohater nie czyni oczywiście tego dla pieniędzy, tylko dla zrealizowania marzeń, a później dlatego, że umie, że to lubi, że to się staje dziełem jego życia. Historia ta opowiedziana jak lekki dokument była dobrym doświadczeniem dla Mathieu Kassovitza, który później zagrał w filmie w podobny sposób stworzonym, w Le Fabuleux destin d'Amélie Poulain (2001). Może był on jakby muzą reżysera Jean-Pierre Jeuneta? On to bowiem z kolei stworzył takie filmy jak Delicatessen (1991), La Cité des enfants perdus (1995) (Miasto zaginionych dzieci), a tu nagle taka Ameilia. A Mathieu z drugiej strony tez reżyser, stworzył na przykład dobrego podobno La Haine (1995) (reszta jego dokonań nie była aż tak genialna; taka Gothika (2003) to przecież film raczej średni).
20:56, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 listopada 2008
Wybory
Niedziela 02/11/08. Bobby (2006)
Siedziałem sam w domu i wpadł mi w ręce, całkiem przypadkiem film, którego oglądanie odkładałem już zbyt długo. Opowiada o czasach gdy Stany było rozdarte przez wojnę w Wietnamie, gdy kolorowi stracili zupełnie nadzieje po śmierci Martina L Kinga. Opowiada on o ostatnim dniu kampani prezydenckiej, senatora Robert F. Kennedy'ego. Akcja rozgrywa się w hotelu, gdzie krzyżują się losy wielu ludzi, różnego pokroju, statusu społecznego, koloru skóry. Wszyscy wierzą w to że Kennedy wygra, że Ameryka będzie inna. Reżyser (Emilio Estevez) stworzył bardzo składny przekrój tego społeczeństwa, nasyconego rasizmem, LSD, modą zasłaniającą wnętrze ludzi. Od szefa hotelu, po pomoc kuchenną, od gasnącej, choć jeszcze wielkiej gwiazdy po młodych broniących się przez wysłaniem na wojnę - wszyscy mają nadzieje i widzą, że nikt inny prezydentem nie zostanie, tylko Kennedy. Niestety dzień jego wygranej, był dniem jego śmierci.

Snajper jest tylko tchórzem, a nie bohaterem; niekontrolowany, nie zdolny do panowania nad sobą tłum jest tylko głosem szaleństwa, a nie głosem rozsądku. Jeżeli odbieramy życie drugiemu człowiekowi - czy jest to uczynione w imię prawa lub niezgodnie z nim, czy to uczynione przez jednego człowieka czy też cały gang, z zimną krwią czy w napadzie furii, w ataku przemocy lub w odpowiedzi na przemoc - gdy rozszarpujemy życie, który inny człowiek tak boleśnie i niezgrabnie splatał dla siebie i swoich dzieci, wtedy cala nacja ta staje się zwyrodniała.

tolerujemy rosnący poziom przemocy, która z kolei ignoruje nasze człowieczeństwo i nasze prawo do nazywania się cywilizacja. Spokojnie przyjmujemy wiadomości o rzezi w innych państwach. Gloryfikujemy zabijanie w filmach i telewizji nazywając to rozrywką. Każdy, nie zależnie od stopnia jego zdrowia psychicznego z dużą łatwością jest w stanie kupić broń i amunicję wszelakiego rodzaju. Pozwalamy na panoszenie się przemocy tym którzy się posługują siłą; zbyt często tłumaczymy tych, którzy są skłonni budować swoje życie na rozszarpanych marzeniach innych.

przemoc rodzi przemoc, ucisk rodzi odwet, i tylko czystka całej naszej społeczności jest w stanie usunąć tą chorobę z naszej duszy. Bo istnieje tez inny rodzaj przemocy, wolniejszy, ale tak samo śmiertelnie niszczący (...). Jest to przemoc organizacji; obojętność, bezczynność oraz powolny rozkład. Jest to przemoc, która dotyka biednych, która zatruwa relacje międzyludzkie z powodu koloru jego skóry. Jest to destrukcja wynikająca z głodu dzieci, szkol bez książek oraz domów bez ogrzewania. Jest to łamanie ludzkiego ducha przez odmawianie mu szansy do bycia głową rodziny, człowiekiem pomiędzy ludźmi. To zaś wpływa na nas wszystkich.

ci co żyją z nami są naszymi braćmi, którzy dzielą z nami ten sam mały skrawek życia, którzy pragną, jak i my, niczego więcej niż mieć szansę, by ich życie miało jakiś cel, by ich życie było szczęśliwe, by moc otrzymać z tego satysfakcje i zadośćuczynienie.

Może to trochę naiwne, ale była w tym jakaś idea. Mam nadzieje, że takie idee nie będą tak bezsensownie gasły.
20:47, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 listopada 2008
Dwie sensacje, jak kto lubi
Grudzien roku 2007. 11:14 (2003)
Greg Marcks, początkujący reżyser i scenarzysta i jego historia pocięta na kawałki o tym co się naprawdę zdarzyło o godzinie 11:14, wieczorem, koło pewnego mostu w pewnym małym miasteczku. Chłopak jechał samochodem po lekkim spożyciu i spadło na niego z mostu ciało człowieka. Ten kto zrzucił to ciało zabrał je z cmentarza. Jak się tam znalazło? Otóż głowę ciała spadł betonowy nagrobek, gdy ciało to leżało i seks uprawiało. Ale to jeszcze nie wszystko. Ktoś inny zgubił odciętego siusiaka i przez to jeszcze ktoś inny został stratowany przez samochód. Wszystko przez głupotę, brak pieniędzy i zupełny brak wyobraźni; w przeciągu sekund kilkorgu ludziom przez przypadkowe wzajemne pokrzyżowanie swoich dróg, życie zupełnie się zmieniło, albo najzwyczajniej zakończyło. Ładna pomieszana historia kilku minut.

Poniedzialek 28/01/08. Danny the Dog (2005)
Scenariusz Luca Besson. Dziecko odebrane zamordowanej matce przez podłego kryminalistę, wytrenowane zostało jak pies do walki, do obrony, do zabijania. Pies Dany (Jet Li), gdy właśnie waruje czekając na znak od pana (Bob Hoskins) poznaje niewidomego stroiciela pianin (Morgan Freeman). Od tego momentu jego historia zaczyna się zmieniać. Przypadkiem traci na chwile swojego pana i snując się po ulicach zostaje znaleziony przez stroiciela. Poznaje muzykę, dowiaduje się, że świat nie jest złożony tylko z przemocy, ale również z delikatności i piękna. Pies okazuje się być bardzo uzdolniony, z wrodzona wrażliwością muzyczną. Gdy pies znajduje w sobie człowieka, gdy wszystko w jego życiu mogłoby już być cudowne i spokojne jego przeszłość odnajduje go. Musi on wyrównać z nią rachunki, psia natura z ludzkim sercem, do końca. Wrodzonej delikatności wyuczona przemoc nie jest w stanie zniszczyć.

08:48, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 listopada 2008
Piosenek różnych fragmenty
Malo, za mało interesuję się tekstami piosenek; czasami tylko jakiś tekst zahaczy mi się o uszy i wtedy zaczynam go powoli trawić, albo jakiś artysta tak mnie ku sobie przyciągnie, że pise niemal doktorat (w głowie jedynie) z analizy jego tekstów. Słowa polskie wlatują ot tak do ucha, angielskie zaś wymagając większego wpadają powierzchownie - przez tą powierzchowność całość utworu mogę zrozumieć co najmniej niewłaściwie. Nie zostałem obdarzony spostrzegawczością językową niestety. Dlatego też zacznę od tekstów polskich.

Polski zespól Happysad bardzo mi się w głowie zaznaczył. Możliwe bardzo, że ma korzenie w muzyce punk, regge, lub Ska, ale to co tworzy ze swoich naleciałości z domieszka swojego ducha jest naprawdę dobre. Chłopaki ładnie grają, a piszą z uczuciem, z lekkością i prostotą.

Miłość, to nie (...) kiedy jedno płacze, a drugie po nim skacze (...), ale miłość, kiedy jedno spada w dół, drugie ciągnie je ku górze.

Proste i na temat, nie? Wiem, że o związkach, a jak związkach to o miłości i może być nuda i kicz. Jednakże ich teksy przyjemnie się słucha - choć raz czasem i facet się też tą miłością zajmie i jakoś to opisze, mimo, że to takie szkolne miłostki jakby w brzmieniu, że niby my razem na wieczność, że z wielka pasją, ale tylko w przeszłości, bo to mija i pozostaje pustka i smutek.

"Nie liczy się nic, liczą się przyspieszone tętna". "Dalibyśmy się wychlostać, aby mogło tak pozostać". "Miało być tak pięknie, miało nie wiać w oczy nam, i ociekać szczęściem, miało być sto lat, sto lat".

zaufanie to taka czarna świnia, w dzień jest, w nocy nie ma.

Większy fragment z piosenki "Wrócimy tu jeszcze"
Bo gdzie tak jak tu z wolna sączą nam się poranki, leniwie ciekną po szybach zachody słońca (...), bo gdzie tak jak tu kapryśnie kosmacą się myśli, przez pozamykane drzwi i garna się tłuste dni, (...) o jak ja kocham to miejsce, tu jest tyle policji, że czuję się bezpiecznie. Kochanie czemu szepczesz? Możemy być spokojni i opuśćmy ręce.

tak właśnie mija nas czas...

Przykład następny - wokalistka tym razem i tym razem piosenka anglojęzyczna. Kate Nash opisuje nigdy nienasyconą potrzebę posiadania czyichś emocji na własność - "Nicest thing".

I wish you thought I was the reason you are in the world. I wish my smile was your favourite kind of smile, I wish the way that I dressed was your favourite kind of style. (...) I wish you'd hold my hand when I was upset, I wish you'd never forget the look on my face when we first met. (...) I wish you had a favourite beauty spot that you loved secretly, 'Cos it was on a hidden bit that nobody else could see. Basically, I wish that you loved me, I wish that you needed me, I wish that you knew when I said two sugars, actually I meant three. I wish that without me your heart would break, Yea, I wish that without me you'd be spending the rest of your nights awake. I wish that without me you couldn't eat, Yea, I wish I was the last thing on your mind before you went to sleep.

Z innej zaś strony mężczyzna śpiewa w osobie Badly Drawn Boy'a "and when we sing I hear another devil dies, when that bell rings an angel get its wings". Tak aż nazbyt ufnie jakoś, ale bardzo lubie tego wokalistę, tą jego jakby szarą wrażliwość, ale bardzo dotykająca wrażliwość. Po prostu czuję jak bardzo z niego zwykły, szary człowiek i że ma problemy i ma myśli rożne, życiowe takie.

Inny znów mężczyzna Damien Rice w piosence "Canonball" tak nam się żali: "Stones taught me to fly, love, it taught me to lie, life, it taught me to die, so it's not hard to fall when you float like a cannonball. (...) Stones taught me to fly, love, it taught me to lie, so come one courage, teach me to be shy (...) couse it not hard to grow, you know that you just don't know". No i jak nie, jak tak? Inaczej nie można, buta nie zjesz. Gdy mężczyzna wrażliwość pokazuje, to już tak silnie czasem, że nic, tylko się ciąć.

Teraz może niekoniecznie o związkach dosłownie. Oto całkiem sprytnie nawet śpiewa nowo poznana i bardzo ciekawa piosenkarka Joan as a Policewoman"Eternal flame". Takie oto wyznanie wygłasza : I wanna go there, I wanna show you how, but I can't be the lighter, I can't be the lighter. Just in case you never knew, I can't be the lighter, of your eternal flame. Oceans, rivers, lakes, that we could swim as two, but I already own my own body of water. You'll follow me and, I'll follow you, it's true, but I’m already certain, I've got good directions. Just in case you never knew I won't be becoming, I am the beginning and I’m already done. (...) No I'll never go there. No, I'll never take that route, 'cause I won't be the fighter, I won' t be the fighter. Don't ever push me, no, don't ever make me shoot, 'cause I won't be the fighter, I won't be the fighter. Just in case you never knew, I won't be the fighter, for your eternal flame. Just in case you never knew, I won't be becoming, I am the beginning, and I’m already done. Just in case you never knew, I can't be the lighter of your eternal flame.

Jednak nie powinienem się tak znowu taka właśnie tematyka w piosenkach zajmować. Jeżeli rusza, to najbardziej podstawowe chyba instynkty. A gdyby tak przemyśleć i w polskim byłym punku poszperać to jest oto wielki Lech Janerka, który w okresie swym prawie jakby punkowym śpiewał w zespole Klaus Mitfoch takie oto teksty:

Nad ranem śmierć się śmieje, a smród rozpieprza domy, a szczury i nadzieje wyłażą z wszystkich dziur; nie macie szans.

Kiedy mówisz do mnie ja, no i ty, ja no i ty nic nie znaczy. Mów śmielej

Strzeż się tych miejsc. Ciemnych przejść. późnych pór, zakamarków schodów wind. Baru Park, końca tras, brudnych ulic gdzie jest mrok. Strzeż się tych miejsc. (...) Tu nie wolno głośno śmiać się, i za dobre mieć ubranie (...). Tutaj ludzie złych profesji  mają swoje oceany. Śmierć im podpowiada przyszłość i co noc, co noc z nich drwi.

Każdego dnia rozglądam się, którzy to są ci wszyscy świeci, czy aby nie są zbyt daleko stąd, każdego dnia trwa sąd. (...) Krewetek długi rząd otoczył manifestację degustatorów pulpy odcinając ją od rzeczywistości dnia poprzedniego.

Nie będę wspominał innych geniuszy słowa, którzy już wyśpiewali swoje , a zacytuje tylko tą, która bardzo ostatnio 'szokuje' - w końcu jest artystką i jej wolno. Oto Maria Awaria:

Są kobiety pistolety i kobiety jak rakiety, chude, długie i wysokie z wydepilowanym krokiem. Są kobiety bezzmarszczkowe, fit kobiety luksusowe, pielegnacji wciąż oddane, z samych siebie odessane. (...) Są kobiety doskonałe, z wyrzeźbionym gładkim ciałem odmłodzone, odbarwione, całkiem z wieku odsaczone. (...) A ja dla własnej wygody zapuszczam swe ogrody i kolekcjonuje wzwody. Ja, metr piecdziesiat dwa dziko rosnacego nieba.
19:06, czokczok , Notki
Link Dodaj komentarz »