Kategorie: Wszystkie | Dawno przeczytane | Film | Notki | Składanki | Wycieczki
RSS
piątek, 15 grudnia 2006
Historie samochodowe

Czyli dlaczego samochodow obecnosc tak bardzo ujawnia mojego pecha istnienie.

Zdazylo sie to gdy chodzilem na kurs z prawa jazdy. Wtedy to wszystko moglo sie zakonczyc nim sie nawet zaczelo. Bylem podobno najgorszym uczniem. Nauczyciel na mnie krzyczal, co Ty do cholery odpierdzielasz? (co jest lagodna wersja tej wypowiedzi). Bralem srodki uspokajajace. Bylo to dla mnie naprawde traumatyczne przezycie. Ulagodzilem to troche, kiedy to udalem, ze nie mam czasu kiedy on mial czas, ale za to nagle mam czas kiedy jego zona, ktora tez udzielala lekcji, miala czas. I tak jezdzilem z jego zona nadal z lekko zestresowany i spiety. Wszystko wskazywalo na to, ze nigdy nie otrzymam prawa jazdy. Nauczyciel moj nawet przestal sie spinac na mnie, bo i tak nie zdam, myslal. Nawet kierunek rekawa zmienili przed moim egzaminem, co nie jest moze wielka zmiana dla kierowcow, ale ogromna dla uczacych sie. Poszedlem na egzamin wyprany z jakielkolwiek nadziei na zdanie. Test zaliczylem z dwoma bledami. Pomyslalem, ze chociaz to z glowy i zaraz pojde do domu tylko jeszcze jazde obleje. Dziewczyne przede mna oblano. Zupelnie sie nie stresowalem, bo po co mam nerwy tracic nad czyms tak pogrzebanym na starcie. Usiadlem za kierownica. Nawet pasow nie zapialem (oblewaja za to) nie zalozylem okularow, ktore sa wpisane w pawie jazdy (oblewaja za to). Kazdy manewr poprawialem. Na ostatniej figurze "pod gorke na recznym" egzaminator orzekl : prosze zapiac pasy, jedziemy na miasto. Zrobilo to na mnie wrazenie, ale bylem za bardzo rozluzniony i bierny aby sie tym przejac. Pomyslalem, no to jedziemy, a co tam. Skrecajac w Jana z Kolna pojechalem lekko po krawezniku (za to tez oblewaja). Podsumowujac - zdalem egzamin za pierwszym razem. Nigdy szczescie mnie tak nie kopnelo. Czulem ze to jakas totalna mystifikacja, ze ktos kogos podplacil: wez go tam przepusc bo chlopak przeciez i tak nigdy nie zda. Doszedlem do domu, tryknalem w domofon, brat odebral. Powiedzialem mu : przepraszam, ale zdalem. Dlaczego przeprosilem? Bo on zaczal zdawac rok wczesniej i ja zdalem nie dosc ze szybciej, to za pierwszym razem. To wlasnie sie wydazylo. Gdybym nie zdal to brak tak perfidnego szczescia przekreslilby mojego pecha do samochodow.

Czasami jezdzilem z rodzicami odwozac ich po kielichu: "Jedziesz pod prad!", "Dlaczego tak wolno hamujesz na swiatlach!?" Miewalem rozne sytuacje. Raz nie moglem wyjechac z bramy i w napieciu odpospiechowym poszorowalem lewa blacha po murze "albo samochod albo ja!". W pracy jezdzilem sluzbowa Toyota Hiace, Toyota Corolla szefa, Seatem brata szefa i nie doznalem zandych zapasci, zacm wywolujacych wypadki. To byl szczesliwy okres samochodowy.
W drugiej firmie zaczalem odczuwac delikatne przeblyski mojego braku logiki dzialania w poblizu i
w poslugiwaniu sie samochodem. Jechalem do Kwidzynia dislem, ktorego napoilem w drodze powrotnej benzyna. Z Kwidzynia do Gdanska dislem na benzyne. Z takim nastawieniem pojechalem do Angli.

Cudna perfidia losu sprawila, ze otrzymalismy za darmo starego Fiata Uno. Dobry silnik, ale brak predkosciomierza. Ja pierwszy raz po lewej stronie ulicy, z kierownica po prawej. Manualnie nie bylo to az tak ciezkie jak pozycyjnie, w znaczeniu: pozycja samochodu wzgledem kraweznika. Ta pozycja byla cztery razy za bliska . Pierwszego razu nawet nie zauwazylem. Musialem wymieniac opone na srodku miasta. Drugi raz pelen kawalerskiej fantazji sprawdzalem sie na rondzie - zapamietalem delikatna granice pomiedzy jazda kontrolowana a niekontrolowana - dodatkowo z powodu pierwszego razu nie mialem zapasu i samochod zostawilem na noc na rondzie. Trzeci i czwarty jednoczesny raz, gdy postanowilem odwrocic wzrok od kierunku jazdy rozchlapujac dwie opony - a w samochodzie posiadalem tylko jeden zapas. Pracowalem na zmiany nocne, a praca znajdowala sie troche daleko od miejsca zamieszkania oraz zawsze istnialo prawdopodobienstwo zaplatania sie w uliczkach. Pierwszy raz spoznilem sie pol godziny. Drugi raz godzine. Wtedy to wlasnie stracilem lewy tylni reflektor, bo tak sie zaplatalem i tak zalalem silnik, ze znowu cos mi przeskoczylo w glowie i sie odbilo na samochodzie. Do tego czasu samochod bardzo dobrze sie sprawdzal. Do tego czasu nadawal sie do jazdy. Ostatni cios jaki mu zadalem spowodowany byl jak to zwykle bywa, potokiem nieprzychylnych wydarzen. Jechalem na kurs na godzine 18. Wjezdzalem wlasnie pod gorke niedalko od mojego domu gdy nagle zabraklo mi benzyny. Zatrzymalem sie. Staralem sie zapalic, ale samochodzik nie mial czym. Postanowilem zaparkowac tylem. Na wylaczanym silniku (!) powoli zjezdzalem w kierunku lampy, ktora zaczela sie zblizac do mnie coraz szybciej, az w koncu wjechala samochodowi w tyl. Hamulec przestal dzialac, a ja za pozno pomyslalem o hamulcu recznym. Nie mialem benzyny, szyba tylna byla zbita, bagaznik wgnieciony. Oto wrak osiadl na rafie. Zabralem maly baniaczek na benzyne na stacje, zatankowalem ile zmiescilem, wrocilem do samochodu, odpalilem, pojechalem na stacje, zatankowalem do pelna, dojechalem na kurs. W pracy na szczescie znalazlem gruba folie i tasme i wymodelowalem atrape tylniej szyby. Jezdzilem tak az do momoentu gdy skonczyla sie gwarancja przegladu technicznego i gdy policja mnie zatrzymala i upomnila bym czym predzej naprawil szybe i zrobil przeglad. Bardziej mi oplacalo mi sie oddac go na szrot. To byl pierwszy samochod, ktory skonczyl zywot pod moim "kierownictwem".

Drugi samochod nabylem w pospiechu. Potrzebowalismy samochodu, a ja przez miesiac nic nie znalazlem. Gdy tylko nadarzyla sie okazja kupna Wolkswagena Polo 1.9 disel, to kupilem. Cos mi w glowie znowu przeskoczylo, bo nie byl wart pieniedzy jakie za niego zaplacilem. Nie mialem zadnego wypadku, jedynie techniczne usterki, jakie z powodu jego zuzycia powoli zaczely wystepowac. Pierwszy byl akumulator - sprzedawca upewnial mnie ze byl zmieniony; rzeczywiscie zmieniony, albo raczej podmieniony na slabszy do bendzyniaka. Kazda opona byla inna, i kazda byla zuzyta. Dwie musialem wymienic. Dziewczyna moja delikatnie skosila reflektor, a gdy przyslali mi nowy (ktory jak najszybciej zamowilem) samochod juz byl w naprawie - zerwane sprzeglo. Naprawy pozostale ktore wyszly jak szydlo z worka, przekraczaly prawie drukrotnie wartosc samochodu. I tak z wraz z nowym reflektorem, wymienionymi oponami dobry Polo poszedl na szrot - poraz kolejny bylem ostatnim przed szrotem wlascicielem. Dobry samochod byl, bo byl dobry, bo bardzo duzo wycieczek razem odbylismy. I szkoda mi go, ale ciesze sie, ze nie mam juz samochodu - poki co kasuje wszystkie jakie mi wpadna w rece.

I tak dziewczyna moja kupila sama somochod. Ja zapobiegawczo nie dopisalem sie do ubezbieczenia, czyli, nie moglem jezdzic jej samochodem. Jednakze, nieuchronilo to samochodu od mojej nieszczesnej reki. Raz gdy jechalismy przez rondo rozwiazywalem i sudoku pokazalem to dziewczynie swojej, a ona spojrzala odruchowo (nie ma wyrobionego najwazniejszej zasady kierowcy by nie odwracac wzroku od kierunku jazdy) i opona poszla na krawezniku. Drugi raz siedzialem na parkingu w samochodzie i czekalem az wyjdzie z chinskiego lekarza. Nagle mnie zawolala i nagle wyskoczylem z samochodu zatrzaskujac drzwi z kluczykami w srodku. Na szczescie szyba byla uchylona na pol centymentra i wyciagnalem drutem kluczyki lezace na siedzeniu. Ostatnie wydazenie jest najbardziej efektowne. Samochodowi nic sie nie zdazylo, ale ze to mojej kieszeniu tak. Jechalismy na dworzec. Spieszyla sie dziewczyna na pociag, a na parkingu dworcowym nie bylo miejsca wolnego. Nie bylo wyboru. Ja zabralem samochod i ojechalem zaparkowac kolo przedszkola. Oczywiscie prowadzilem bezprawnie. Zaparkowalem, wydawalo mi sie, ze w tym samym miejscu gdzie ona w podobnej sytuacji, gdy samochod musial byc pozostawiony na 24 godziny. Oczywscie nie zauwzylem wielkiego napisu NO PARKING, oczywiscie nie zauwazylem bramy wyjazdowej. Samochod policja zwinela i teraz trzeba go odzyskac, a ona w Londynie i tylko ona moze odebrac samochod, bo nie jest on moja wlasnoscia, bo nie jest ubezpieczony na moje nazwisko.

Wniosek? Nie zblizajcie sie do mnie z samochodami chcac mi oddac je pod czasowa opieke poniewaz los miedzy mna a nimi dziala pefridnie oraz przebiegle na szkode samochodu, i przez to szkode moja.

18:18, czokczok , Notki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 grudnia 2006
Niezwykla umiejetonosc Edward'a Norton'a.

Raz ma wzrok smutny, zmeczony, czujacy brzemie otaczajacych zmiany. Raz wyglada jak niczym calkiem nieszkodliwy chlopiec usmiechajacy sie przepraszajaco. Raz z jego wzroku bije sila, ironia oraz diabelska blyskotliwosc.

Debiutowal w 1996 roku w filmie "Primal Fear" u boku Richard'a Gere. Potrafil tam z miesca przeistoczyc sie z zastraszonego chlopca w naladowanego przemoca psychopate. Pierwsza rola i tak silna emocjonalnie. Do konca filmu ciezko przejrzec jego anielski wyraz twarzy, dopuscic do mysli cos innego niz rozdwojenie jazni spowodowane okrutnym zyciem. Oto Edward, maska wewnatrz maski smieje sie z nas.

Tego samego roku zagral adwokata Larrego Flinta, pozniej w filme Woddy'ego Allen'a, a nastepnie w filmie o hazardzistach z Matem Damonem. To byla rozgrzewka. (nie widzialem Allena, ani filmu z Damonem i nie mam o nich zdania, tylko przypuszczenia).

W 1998 zagral skina w filmie "American History X". Zycie przeistacza go z pilnego ucznia w inteligentego przywodce skinhead'ow z Kaliforni, przed ktorym kazdy czuje respekt, ktory wywoluje sila fizyczna jak i sila przekonywania wyplywajaca z idelanie wypranego blyskotliwego umyslu nazisty. Idzie twardo z wyrazem twarzy czlowieka, ktoremu nikt nie stanie na drodze, w pelnym poczuciu wyzszosci; zniszczy kazdego czlowieka odmiennych pogladow ignoracja, smiechem albo sila . Pokazal tu kilka twarzy:
- spokojnego dziecka uczacego sie historii, wpatrzonego w swojego ojca (niebezpiecznie byc rodzicem; wisi na Tobie odpowiedzialnosc wzorowania sie na Tobie)
- zranionego smiercia ojca nastolatka,
- przemienionego w skina niszczyciela, ktory nie przepusci innym o odmiennych pogladach niz on,
- czlowieka ktory przejzal na oczy jak bardzo przez nienawisc zniszczyl swoja rodzine, ktory stara sie wszystko naprawic, ktoremu przebaczono, ale ktory musi poniesc duzo wieksza kare niz tylko wiezienie.

1999 rok to "Fight Club", czyli wzorowe rozdwojenie jazni. Role swojego drugiego ja oddal Bradowi Pittowi, ktora by rownie dobrze sam zagral. W rezultacie odgrywa ja, ale za pomoca Brada Pitta, to znaczy, Brad swietnie odgrywa drugie JA Edwarda Nortona.

Gra nieszkodliwego czlowieczka i jednoczesnie szalenie bystrego twardziela - zwodzi wszystkich by na koncu pokazac jak bardzo dali nabrali sie wszyscy na jego gre (Primal Fear), ktorej (z zdrugiej strony) sam przed soba nie jest w stanie odkryc (Fight Club). Z usmiechem na twarzy, ktory moze byc raz uprzejmy i ulegly i nagle zmienia sie w ironiczny i dominujacy, mowiacy: mam Cie, znowu Cie nabralem frajerze - gdy myslelismy, ze to on jest frajerem i tak bardzo mu wspolczulismy.

Genialny, wrazliwy, inteligentny. Wystarczajacy by stanac w szranki z Hanibalem Lekterem, by umiec pokazac jak sie przegrywa z Hanibalem Lecterem. Po prostu potrafi.

17:37, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 grudnia 2006
Rozne notki

Idac ulica czasami widze swoje trzy cienie. Pozdrawiam je, a one zostaja w tyle. Jednak najczesciej towarzyszy mi tylko jeden z nich. Nie rozmawiamy wiele, najczesciej tylko ja mowie, chociaz szczerze, szczerze to nie pamietam by on kiedykolwiek powiedzial cos do mnie.

Idac raz ulica znalazlem buta. Nie oznacza to, ze zabralem go ze soba, lub ze go poszukiwalem i w koncu po dlugim czasie poszukiwan odnalazlem. Po prostu napotkalem jego obecnosci na parkingu. Lezal sam, bez pary i byl mokry od deszczu. Byl brzydki i nawet promienie wschodzacego slonca nie byly w stanie go upiekszyc. Tego samego dnia wieczorem idac na przystanek znowu buta znalazlem. Ten byl bialy. Tak jak poprzedni byl bez pary.

Kupilem sobie parasol, dlugi meski i czarny. To juz moj drugi parasol. Pierwszy byl granatowy i mial raczke plastikowa. Powoli zalamywal sie na wietrze, az go pozostawilem, wbilem w ziemie gdy polamany stelaz rozciagal tylko parasol w polowie. Nowy parasol radzi sobie calkiem dobrze na wietrze, lub tez to ja nauczylem sie jak go pod wiatr trzymac. Wietrzy sie bardzo silnie w Angli i czasami wydaje mi sie, ze posiadanie parasola w tak wietrznym kraju nie ma sensu.

Zatloczenie daje cieplo podstawowe po zbytnim odosobnieniu. W przypadku pozostawienia, odczuwa sie sopel w sobie, wyziebienie, ktrego nie mozna i nie chce sie ogrzac. Zatloczenie, ulica, poruszanie sie komunikacja miejska, daje poczucie chwilowej przynaleznosci, czasami wystarczajacej. Mozna sobie wtedy powiedziec, ze kazdy czlowiek wokol mnie stwarza inna mozliwosc, inna reakcje gdy sie do niego z czyms dowolnym zwrocimy, a najciekawsze jest to, ze czasami nie mozna tego przewidziec. Ludzie mowia tym ludziom z soplem w sercu by poszli do ludzi, dowolnej grupy ludzi, by wykonali ruch, krok. By porozmawiali z nieznajomym. Calkiem przyjemne jest przegadac cala noc z nieznajoma osoba, z dopiero poznana wyglada czasami jak spotkanie przyjaciol po latach - moze tylko z przyjaciolmi i nieznajomymi tak bardzo glebokie sa to rozmowy, gdy wszystko otwarte jest jak u przyjaciol, gdy jeszcze czlowiek nie zdazyl sie zamknac i wystarczajaco uwierzyl.

18:28, czokczok , Notki
Link Dodaj komentarz »