Kategorie: Wszystkie | Dawno przeczytane | Film | Notki | Składanki | Wycieczki
RSS
wtorek, 22 maja 2012
Ptaki ze wschodu

Poniedzialek 11/10/10. Survive Style 5+ (2004)
Film sklada sie z pięciu bardziej lub mniej surrealistycznych historii nawzajem poptrzeplatanych. W pierwszej mężczyzna, za kazdym razem gdy po raz kolejny zabija swoją żonę, zakopuje w ciemnym lesie, gdy wraca do domu, ona go wita bez słowa, za każdym razem piękniej ubrana, wymyślniej, tak jak i urządzenie domu które urzadza za kazdym razem wysmieniciej (zwrócić szczgólną uwagę należy na urodę aktorki ale i piękny wystrój domu, kolorystykę, kompozycje, ogólną estetykę), poto tylko by zaraz odpłacić mu się po dwakroć gorzkim, za co on po raz kolejny musi ja zabic. W drugiej trójka młodych włamywaczy żyje od włamania do włamania, tyle ze miedzy dwojgiem z nich iskrzy dziwna wibracja ie do konca werbalizowana. Trzecia opowiada o szarym pracowniu biora, glowie rodziny, zwyklej ,prostej, którym się nie przelewa, ktory zabiera rodzinę na pokaz himpnotyzera, który to (nie)szczęśliwie wybiera go na kandydata, i pozostawia go w zahipnotyzowanym stanie. W czwartej kobieta pracująca w reklamie co krok nawiedzana jest coraz bardziej chorymi wizjami, jak na przyklad spolkowanie krewetki z krabem ktore to rodzi nowy smak. Piata laczac wszystko jest historia bióra zabójstw na zlecenie, które odwiedza płatny zabójca z Anglii, ktory jak czarny aniol pyta się o cel życia napotkanych osób, o sens ich istnienia.

Sroda 11/08/10. The Bird People in China (1998)
Japoński biznesmen zostaje wysłany do bardzo odległej chińskiej wioski w celu zawarcia korzystnej tranzakcji w wydobyciu szczególnych kamieni szlachetnych. Niestety kolega którego on zastępuje nie infomuje go o zawartej wcześniej umowie, układzie z jakuzą. Tak oto ląduje w coraz głębiej nieucywilizowanych rejonach Chin starając się przetrwać z niechianym towrzystwe czlonka Jakuza. Im bardziej oddalaja sie miast tym więcej tajemnic, więcej pozostałości po legendach, zagubionych opowieściach bedzie ich doswiadczac. Zamiast dojść do właściwego celu swej podróży zostają przez los skierowani do wiostki gdzie potomkini tajemniczego człowieka, który przybył z nieba uczy latać miejscowe dzieci. Zna niestety tylko część tajemnicy latania, która jest niewystarczająca do pełnego oderwania się od ziemi, szybowania. Jakuza owladniety legenda doznaje olsnienia; chce zerwac z cywilizacja trzymajac ja zdala od wioski i posiąść tą wiedzę ludzi ptakow.

Poniedzialek 12/02/06. Silent Wedding (2008)
Pięknie przedstawiona historia rumuńskiej wioski, w której to dochodzi do pięknego wesela przerwanego śmiercią Stalina. Mara i Iancu mają się nierozłącznie ku sobie i by zaorzestać waśni jaka się rodziła między ich rodzinami z racji gżdżenia się bez ślubu po katach postanawiają się pobrać. We wiosce tej naczelnik, który uważany jest za totalnego idiotę, z sily wyzszej narzucownej przez Zwiazek Radziecki, naklada narodowa zalobe ktora zakazuje wszelkich zgromadzen, zabaw, (a nawet pogrzebow, gdzie pogrzeb ojca narodow jest jedynym wyjatkiem). Przed autorytetem towarzyszacym naczelnikowi idiocie mieszkancy sie uchylaja, po to tylko by w calkowitej ciszy urzadzic jednak wesele. I tak oblozywszy szklo szmatami, jedzac rekoma by stuce nie dzwonily, przed niema orkiestra odbywaja nieme wesele.

13:39, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 maja 2012
11/04/12 - Peggy Guggenheim

Poranek obudził nas deszczowy. Ostatni dzień i taki brzydki. My jednak ciutkę się cieszyliśmy. Wszak nie padało cały tydzień. Wstaliśmy nieco później gdy deszcz trochę sobie zelżał. Cel był tylko jeden. Galeria sztuki Peggy Guggenheim. Z Piazzale Roma poszliśmy wzdłuż Rio Malcalton, przez Rio Novo, Calle Ragusei, Campo Dei Carmini,

przez Rio Malpaga, Calle Eremite, Della Toletta

i na końcu od tyłu obcjodząc Muzeo Accademia. Z tego miejsca zaczęły się zagęszcząc małe galerie, i czuć było, że zbliżamy się do tej szczególnej, tej najciekawszej. Przekraczając Rio di San Vio, przez Fondamenta Venier doszliśmy już w małej mżawce.

Gdy kupiliśmy bilety zaczęło coraz mocniej padać. Gdy już byliśmy w środku, Wenecja zalewana była już ulewnym deszczem.

Galeria u Peggy jest bardzo ciasnawa, zagospodarowana wyraźnie w byłej willi. Chodzi się po wąskich korytarzach, pokojach, gdzie każda płać ściany jest cudownie dotknięta sztuką, małym obrazkiem formatu A5 do wielkich obrazów, rozciągniętych formatów A0. Dzięki jej odziedziczonemu bogactwu, związku bliższym (była żoną Maxa Enrsta) i dalszym z artystami, stała się ich mecenasem, możliwością wypłynięcia na powierzchnię popularności, cieńkiej błonki bariery jaka dzieli artystów żyjących w ubóstwie od tych którzy popularnością się karmią (tak na przykład wypromowała Jacksona Pollocka). I tak Kadinsky, Capek, Malevich,

Pollock, Ermst, Modigliani,

oraz tacy, których dopiero poznałem, Boccioni, Severini, Marcoussis,

Magritte, Tanguy, Bonalumi,

Parmeggiani, Brauner,

upiększały nasze dusze. Gdy wychodziliśmy z galerii nadal padało. Nie mieliśmy już siły by w deszczu chodzić i równie raźno jak wcześniej przechadzać się po Wenecji. To był dzień już ostatni pochłaniania jej uroków. Jutro tylko poranek nam został, autobus na lotnisko i wszystko. Deszcz nas zmoczył; obeschnąć musieliśmy. Po odczekaniu udaliśmy się na trzecią i ostatnią wizytę w naszej "osiedlowej" Pizzeri Al Calesse i po raz kolejny mogliśmy pieścić nasze podniebienia tak jak wcześniej oczy.

07:52, czokczok
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 maja 2012
10/04/12 - Murano

Celem była podróż na wyspę Murano. By się nie lenić i by jednocześnie zwiedzając trochę więcej kilometrów przejść, postanowiliśmy wskoczyć do vaporetto dopiero na stacji Fondamete Nuove na północy Wenecji. Po drodze przeszliśmy przez pierwsze żydowskie getto (słowo ghetto pochodzi z włoskiego geti, które zostało tam po raz pierwszy zastosowane),

oddzielone Rio del Ghetto od reszty miasta.

Później idąc przez Fondamento  Della Sensa

odwiedziliśmy mauretańskie okolice przechodząc przez Campo Dei Mori, nazwane tak na cześć rzeźb trzech mauretan.

Ja dojrzałem jeszcze płaskorzeźbę czwartego z wielbłądem naprzeciw Fondamento Gasparo Contanini.

Dalej idąc przez Rio di Santa Caterina, Campo Die Gesuiti

dotarliśmy na przystanek vaporetto Fondamete Nuove i wypłynęliśmy w kierunku wyspy Murano,

mijając po dordze wyspę San Michele ze znajdującym się tam opactwem oraz cmentarzem (od 1807 jedynym gdzie dozwolone są pogrzeby).

Murano jest małą i malowniczą wysepką

gdzie uliczki przystrojone są szklanymi rzeźbami. Idąc Bressagio

kierowaliśmy się do Rio del Vetrai. Sklepiki ze szklanymi cudami, w podwórkach z pracowniami wytapiaczy szkła (którym płacić należy za obserwowanie ich przy pracy). Idąc obok Calle Santo Stefano, przechodząc przez most Ponte Longo doszliśmy do naszej głównej atrakcji, Muzeum Murano przy Riva Logo. Tam zaś niemożliwości szklane, kształty w kształtach, szkło wtopione w inne szkło. Nie można było rzecz jasna zdjęć robić i stąd ciężko mi zobrazować magię tych szklanych tworów inaczej niż słowami.  Tutaj tylko strojone szklanki, instrumentum muzyczne ze szkła i kwitnące szklane drzewka.

Muzeum małe i tak samo okazałym było jak wiele pomniejszych sklepików, które były jakby galeriami i sklepami jednocześnie. Jedyną różnicą było to, że muzeum prócz najnowszych cudów pokazuje historię wytapiania szkła, od prostych, starożytnych mleczno przezroczystych szklanych buteleczek, przez wisiorki szklane, pierwsze rośliny z szkła, ozdoby, ukazując coraz większy ich kunszt. Sklepy zaś tak samo bajeczne cudeńka ukazywały jak i też bajecznie drogie ceny. Tułając się po uliczkach,

obchodząc wysepkę wkoło, aż od północnej strony, szukając wyjątkowej restauracyjki, trafiliśmy, przechodząc przez Rio del Vertal, Fondamena Senella, Calle San Cipriano

do miejsca, z którego wyszliśmy, do restaturacyjki w pełnym słońcu na Campo St Stefano, gdzie wcześniej miejsc nie było, a potem, ku naszemu szczęściu, piękne miejsce w nareszcie gorącym słońcu się znalazło. Marta zamówiła szukany wcześniej jako specjał włoski makaron z węgorzem. Ja sobie zjadlem faggotino a Miki ravioli. Popiliśmy winkiem, spritzem, soczkiem i poszliśmy.

Popłynęliśmy vaporetto obserwując różnorodność środków transportu, normalnych dla Wenecjan, niezwykłych dla ludzi nawykłych do lądowego transportu

wysiadając na Canale di Cannaregio,

przechadzając się ostatni raz przez Rio Terra, dworzec Santa Lucia i tak nam się skończyła wycieczka na wyspę zaczarowanego szkła.

13:53, czokczok
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 maja 2012
09/04/12 – Ca’Rezzonica i Pałac Doży

Było piękne słońce i choć było nadal chłodno to przecież nie padało. Poszedłem więc, jak i dzień wcześniej w sandałach. Niestety jednak, tak jak wczoraj zmarzliśmy, i ja i Marta i Miki. Prócz tego jednak dzień był piekny. Wyruszyliśmy oto podbić kolejne muzea. Przechodząc w dystrykcie Dorsdurowzdłuż Rio Nuovo,

skręcając przez Pizalle St Margherita,

wzdłuż Rio di San Barnaba, doszliśmy do Ca’Rezzonico położonego nad samym Canal Grande. Podobizny bóstw greckich, obrazowanie scen mitologicznych (m.in. Amigoni Jacopo - Giaele uccide Sisara, Pelagio Pelagi - Venere che nasce dal mare, Lazzarini Gregorio - Orfeo massacrato dalle Baccanti) (Errata: "Giaele uccide Sistara" obrazuje scene Starego Testamentu, Ksiegi Sedziow; Jael przebila skron Sisera kolkiem do namiotu).

przeplataly się ze scenami biblijnymi (m.in. Carlo Innocenzo - Ultima cena, Giambattista Langetti - La Maddalena ai piedi del crocefisso, Sebastiano Ricci - temptation of St Antonio).

Jedym z powyższych był kolejny obraz ostatniej wieczerzy (Carlo Innocenzo - Ultima cena). Tym razem po prawicy Jezusa siedziała wciąż jednak postać nad wyraz kobieca. 

Po muzeum idąc przez most Accademia, plac Stefana chcieliśmy dotrzeć do Palazzo Mocenigo,

ale doprawdy, nie wiedziałem jak tam można dotrzeć, na pewno nie przez Casa Vecchia.

Ominęliśmy więc tę atrakcję i ruszyliśmy prosto raz jeszcze, na Plac Świętego Marka. Tego dnia cudem nie było kolejek; cudem je jakby wywiało. Okazało się, że do Pałacu Doży z naszym biletem tak czy inaczej nie musielismy się przepychać przez kolejkę do kasy.

Wielkie przepasne sale przystrojone jak w Ca’Rezzonica freskami, tylko o wiele okazalszymi, w salach potężniejszych, sufitach bardziej rozpostartych. Wielki tam był obraz autorstwa Herri met de Bles - Inferno, który nieopatrznie pomyliłem z Hieronymem Boschem; później dowiedziałem się, że doprawdy wielu miał on kontynuatorów. Tuż obok natknąć się można było na kolejne wielkie dzieło Quentin Massy - Ecce Homo.

Umieraliśmy z głodu po wyjściu, więc szybko ruszyliśmy, chcąc podążać trasą wczorajszej przechadzki,  by wychodząc z Placu Świętego Marka natrafić na zatłoczony bar miejscowych Wenecjan; pięknie i smakowicie nas wczoraj kusił, ale z powodu braku miejsc odwiedziliśmy inną jadłodajnię. Tego dnia jednak nie odnaleźliśmy jej niestety. Pożywiliśmy się za to w może drogiej, ale przyjemnej restauracyjce Trattoria Dona Onesta na Fondamenta del Fornei. Ja zamówiłem spaghetti z kałamarnicami i czarno miałem wokół i w ustach, a właściciel poczęstował nas (Michaela rzecz jasna nie) na pożegnanie kieliszkiem amaretto. Ostatnią atrakcją był sufit kościoła San Pantalon, sufit dający złudzenie doskonałej jak na te czasy trójwymiarowości, pozwalając wpatrywać się poprzez okolony wysokimi kolumnami otwór w suficie, otwarty na głębokie niebiosa. Wróciliśmy spokojnie jadąc autobusem numer 6, mając szczerą nadzieję na ocieplenie.

09:14, czokczok
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 maja 2012
08/04/12 – Vaporetto po kanale i Museum Correr

Wielkanoc. Wyszliśmy później, bo po 10 rano i na szczęście autobus, mimo że w niedzielę świąteczną nie był aż tak zatłoczony. Pełni dobrych myśli postanowiliśmy udać się vaporetto na  Palazzo San Marco . Ładnie i pięknie, pełni wiary stanęliśmy w kolejce, która szybko do kasy nas dociągnęła, ale kasjerka mnie zaraz do parteru sprowadziła. Cena na vaporetto dużo przewyższa cenę na zwykły autobus – komuś zawierzyłem, że ceny te są podobne.

Jednak było warto, oj było, nawet za taką cenę.

Esem floresem przepłynęliśmy przez kanał Wenecji Canal Grande

(jak układem pokarmowym w ciele ryby, bo rybę Wenecja przypomina, gdzie wpada się w jej usta tuż przy dworcu kolejowym, i wypada się z niej przetrawionym tuż obok   Palazzo San Marco ). Przepłynęlismy pod trzema głównymi mostami Scalzi, Rialto

, Accademia

, poza cypel Dogana di Mare, aż do Palazzo San Marco .

Na placu wiało, i jakby powoli zaczęło mżyć. Bazylikę Świętego Marka oraz Campanile (wieżę widokową) odpuściliśmy sobie bezpiecznie; takie tam były kolejki jak do Louvre czy wieży Eiffela czy też London Eye.

Spokojnie poszliśmy tam, gdzie inni się nie tłoczyli, do Museum Correr. Celem naszym był Klimt. Smutno nam było, gdy przechodząc przez wystawę kultury armeńskiej, przez wielką część archeologiczną, starożytną, przez sale z pięknymi obrazami weneckich malarzy, okazało się, że na Klimta musimy kupić dodatkowy bilet. Nie wiem czy dobrze zrobiliśmy, ale z nosem na kwintę zrezygnowaliśmy, wyszliśmy. Zaczęło coraz dotkliwiej padać. Chcieliśmy na pocieszenie iść do Pałacu Doży, ale irracjonalnie jak na taki deszcz, zbyt długa kolejka nas zniechęciła. Szybko umknęliśmy od deszczu, od Klimta, od Doży przez bramę Torre dell’Orologio (gdzie wielki zegar się mieści pokazujący czas, jak i znaki zoodiaku),

dalej San Zulian, Campo de Fara by mostem Rialto przeskoczyć do dystryktu San Polo. Znaleźliśmy tam przyjemną piezzerię i w niej się spokojnie pożywiliśmy i ogrzaliśmy (bowiem dni niestety niemiło zaczęły być z deszczem chłodnawe). Wybór pizz był ogromny i ciężko było decyzję podjąć, takie wachlarze smakowe były na wyciągnięcie ręki. Pewni amerykanie przybyli, zasiedli i zdjedli. Każdy po margericie zamówił i puszką coli popił. Jak można, to obraża kuchnie włoską. Taki wybór, a tu margeritta, jeszcze niedojedzona i paliwo USA, coca cola. Po nasyceniu się przeszliśmy przez Campo San Polo.

Na Calle Saroneri dochodzącej do Rio Terra doszliśmy do cudownego twórcy masek, który tworzył maski istotne, między innymi te wykorzystane w filmie „Oczy szeroko zamknęte”. Korciło mnie by kupić takie arcydzieło, ale perspektywa zniszczenia go podczas transportu zachwiała moim pragnieniem. Popatrzyłem by oczy nacieszyć tylko.

Dalej przeszliśmy przez Campo San Rocco, wpadliśmy do jednego mikrego muzeum Caso Goldoni, potem kawa, autobus do ośrodka i dzień nam się skończył.

Wracając do Museo Correr: Były tam malowidła ściśle sakralne; święci, Madonny z dziecięciem, Jezus ukrzyżowany, oraz obrazy warte szczególnej uwagi: Herri met de Bles – Alegoria Piekła, Breugel – Pokłon trzech króli oraz Hieronymus Bosch – Kuszenie Świętego Antoniego.

Z głębokim i wsydliwym opóźnieniem uświadomiłem sobie, że widziałem tam jeszcze obraz autorstwa Theotocopoulos Domenico detto El Greco przedstawiający Ostanią wieczerzę. Nie wpadłem na to, że to własnie ten i tylko ów wyłącznie wielki El Greco. Sama wieczerza przedstawiała najmłodszego apostoła Jana Ewangielistę, bez zarostu, najbliżej siedzącego po lewicy Jezusa. Na obrazie miał on ewidentną fizjologię kobiecą – czyli niedawno rozdmuchiwany mit o Marii Magdalenie się kłania. Istnieje pogląd, że Maria Magdalena była żoną Jana Ewangielisty, inni mówią, że z Jezusem miała córkę o imieniu Sarah. Z jakiej przyczyny Ci malarze tak zniewiaściałym Jana Ewangelistę przedstawiali?

poniedziałek, 07 maja 2012
07/04/12 - Padwa

Obudzeni o podobnej porze jak dzień wcześniej dojechaliśmy wyjątkowo stłoczeni niemiłosiernie na Piazzale Roma i razem z tłumem popchnięci wręcz doszliśmy do dworca. Chcieliśmy iśc na Plac Świętego Marka, ale czy można być bardziej naiwnym by myśleć, że to dobry pomysł na sobotę wielkanocną? Byłby to dla nas tłumny i nerwowy dzień. Zdecydowaliśmy się więc spontanicznie by pojechać do Padwy. Bilet kosztował tylko 7,5 w dwie strony od osoby. Okazało się, że idealnie trafiliśmy, gdyż Pawda była dużo bardziej spokojniesza; prawdopodobnie większość turystów pojechała do Wenecji tego dnia. Z dworca zaraz ruszyliśmy na południe, do cetrum miasta, mostem przez rzekę Bacchiglione, prosto i prosto,

aż dotarliśmy na stare miasto, na początek odwiedzając Uniwersytet. Weszliśmy na plac Uniwersystetu a tam, pokonując długi rozbieg schodów, skręciliśmy w lewo i trafiliśmy na kwadratowe podwórze ze studnią po środku. Kwadratowe, otwarte, okolone zadaszeniem z kolumnami.

Przypomniało mi to scenerię gry komputerowej, ale może mi się to najzwyczajniej przyśniło kiedyś.

Następnie doszliśmy do Piazza dei Frutti, na ogromny plac targowy. Sąsiaduje z nim Piazza delle Erbre; bardziej zaś w owocach specjalizował się ten drugi mimo, że pierwszy z racji nazwy powinien w tym przodować.

Po małej kawce postanowiliśmy wstąpić do galerii umiejscowionej w XIII wiecznym Palazzo della Ragione, w ogromnej, przepasnej sali umiejscowionej na piętrze, zwanej Il Salone. Pałac ten może się szczycić największą w Europie zawieszoną strukturą dachu. Sala ta była prostokątna, a na jej ścianach widniały alegoryczne freski w liczbie 333. Freski te przedstawione w dwunastu przedziałach obrazujące powiązane ze sobą postać apostoła (jednego z dwunastu), nazwę miesiąca, znak zoodiaku, planetę (wliczając słońce było dziewięć tych ciał niebieskich, co wymuszało powtarzalność Marsa i Saturna), oraz postać symboliczną.

Weszliśmy tam jednak by obejrzeć wystawę powojennej współczesnej sztuki włoskiej, „De Chirico, Fontana e i grandi maestri del Novecento, un secolo tra realtŕ e immaginario”. Galeria była w wydzielonej czasowo przestrzeni. 

Prócz niej w sali tej znajdowało się wahadło Foucaulta (wielkie było i wahało się ukazując swoją niezwykłość), niesamowicie ogromny drewniany koń stworzony już w XV wieku i kamienny kielich zwany skałą smutku (Pietra del Vituperio) – umieszczali tam nagich dłużników, bankrutów by upokorzeniem takim ich ukarać i wypędzić z miasta. 

Gdy wyszliśmy z Palazo, przeszliśmy się trasą proponowaną przez przewodnik. Przez Via Manin doszliśmy do Piazza del Duomo. Tu odpoczęliśmy popijając ciekawy napój. Spritz, specjał alkoholowy na bazie wina białego, i gorzkiego likieru (na bazie ziół i owoców cytrusowych) – tak rodzaj likieru jak i spritz jest specjałem regionów Veneto.

Po odpoczynku chcieliśmy zaraz iść dalej i opuścić Piazza del Duomo, gdy to skusiło nas by pójść na kolejną wystawę do Palazzo del Monte di Pieta, „Galleria Immagini - Ritratto di una Collezione”. Obrazy te były piękne. Znowu sztuka współczesna (powojenna), ale jakże cudna. Na samym początku obrazy okresów klasycznych, przyćmione jednak przez następne sale już nie tylko zwykłych obrazów ściennych, ale instalacji geometrycznych ściennych, m.in. Ennio Chiggio i Manfredo  Massironi, gdzie nie chodzi o namalowanie obrazu na płótnie, ale tworzenie w nim wypukłości, nacięć na płótnie, lub formowanie obrazu z naciągniętych równolegle lub promieniście pasków. Dalej poszliśmy Piazza Capitaniat, straganami tak pięknymi jak najbardziej malownicze uliczki w Gdańsku w czasie Jarmarku Dominikańskiego, te wąskie uliczki, z artystycznymi straganami, własnej twórczości ozdóbek.

Potem na Piazza dei Signore

z dalszymi, ale już pospolitymi targowiskami, dalej znów przez Plazza dei Frutti, potem Via Gorizia, Plazza Cavour. Stąd chcieliśmy już prosto iść do dworca, ale trafem dziwnym zupełnie w przeciwną stronę skęciliśmy i cudem trafiliśmy na piękny plac, do wielkiej bazyliki Świętego Antoniego.

Nic straconego. Nogi nas przecięż aż tak nie bolały i zaspokojeni wizualnie jeszcze bardziej, ruszyliśmy tym razem prosto i bezbłądnie na dworzec. W drodze powrotnej dokładniej przyjżałem się znajdującym się w Padwie tramwajom. Okazało się, że jest to z Francji rozpowrzechniony jednotorowy Translohr. Wydał mi się cudem technicznym, lecz po zapoznaniu się z jego wadami, zalety przestały mieć takie znaczenie. W rezultacie wróciliśmy do domku numer 96 o godzinie 8pm. 

niedziela, 06 maja 2012
06/04/12 – Historia Naturalna i Ca’Pesaro

Ruszyliśmy do Wenecji przed 10 rano. Z Piazzale Roma przez Ponte degli Scalzi i dalej...

poszliśmy odwiedzić pierwsze muzeum, Museo di Storia Naturale. Mieści się ono w budynku Fondaco dei Turchi. Jest naprawdę pięknie urządzone, nowocześnie i nowatorsko. Pokazuje wykopaliska, ewolucję czowieka, różnorodność królestwa zwierząt w ciekawych zestawieniach (np: grupując zwierzęta ze względu na sposób poruszania się, odżywiania, dobierając motyle w kolorystycznych układach, ukazując odchylenia genetyczne takie jak na przykład albinizm). Jest tam też sala spreparowanych organów wenętrznych przeróżnych zwierząt. Był tam też model przedstawiający układ mięśniowy człowieka. Zaskoczeniem było to, że pokazany był każdy mięsień, również miesień prącia, we wzwodzie.

Odwiedziliśmy później znajdujące się w sąsiedztwie muzeum sztuki współczesnej Ca’Pesaro. Pierwsze zetknięcie się z malarstwem w Wenecji, malarstwem końca XIX wieku i początku XX wiekiu. Podziwialiśmy wszystkie style, ale ja osobiście skupiłem się na ogólnie ją definiując abstrakcji; ku mojemy zaskoczeniu Michael również najbardziej sobie upodobał ten właśnie styl. W pierwszej największej sali obraz Wassiliego Kandinskiego – Biały Zygzag. W następnej natknąłem się na dziwny styl Giorgio de Chirico, którego później mieliśmy oglądać również w Padwie. Idąc dalej Trująca żółć Ben'a Nicholson'a ...

...Max Ernst - Meteorolog, Armando Pizzinato – Obrońcy fabryk oraz Emilio Vedova - 1950 Europa.

Nie omieszkam jednak niewspomnieć autorów innego, starszego stylu, które najzwyczajniej wpadły mi w oko, Cesare Laurentini - Fioritura nova, Casorati Felice - Figure femminili Le signorine, Filipp, Telemaco Signorini - La sala delle Agitate al Bonifacio di Firenze Andreevich Malyavin – Śmiech; ci ostatni styl dzielili z czasem tworzenia, końcem XIX wieku.

Nie mieliśmy niestety przyjemności oglądać (możliwie najbardziej reprezentatywnego tej galerii) obrazu Gustava Klimta - Giuditta II (Salomé) gdyż wywieżli go na inną wystawę.  Z resztą okazało się, że to częsty zwyczaj galerii, by pożyczać sobie obrazy, niestety ze stratą dla odwiedzających, którzy nie zawsze mając okazję być na przykład w Wenecji więcej niż raz i nieszczęśliwie nie zastaną dzieła którego najzwyczjniej chcą podziwiać z bliska.

Dalej idąc tuż przy Canale Grande...

... przeszliśmy przez największy w Wenecji targ rybny i warzywny Rialto Mercato na Campo de Peschiera. Tam pierwszy raz w życiu widziałem sklep mięsny specjalizujący się wyłącznie w koninie. Idąc później przez Ponte di Rialto przeszlismy do dystryktu Castello i skrecilismy na północ by przystanąć na chwilkę przed pięknym kościółkiem Santa Maria dei Miracoli.

Dalej już Strada Nova, uliczką pełną straganików jak bardziej komercyjna część Jarmarku Dominikańskiego i ostatecznie doszliśmy na Piazzale Roma. Stamtąd autobusem, potem spacerem do domku numer 96. 

Chcieliśmy złapać trochę słońca i łudziliśmy się, że skorzystamy z basenu. Płoche nadzieje zasłoniły chmury.

Wieczorem skoczyliśmy na pizzę do Al Calesse.  Po raz drugi pławiłem się w jej doskonałym smaku (tym razem szpinak z grudkami skwaszonej śmietany).

Zauważyłem, że trzeba uważać z uliczkami w Wenecji. Niektóre uliczki są ślepe, to znaczy, kończą się bezpośrednio nad kanałem i jedynym wyściem jest wskoczenie do gondoli, albo mostkiem prowadzą nie do uliczki, ale kończą się bezpośrednio na drzwiach wejściowych do budynku. Mapa nie zawsze jest dokładna, a oczy czasem mogą zawieźć.

sobota, 05 maja 2012
05/04/12 – 4 mosty Canal Grande i jeden most do Wenecji

Taksówką na lotnisko, samolotem z Leeds do Venice-Treviso, autobusem lotniska do Mestre, w Mestre autobusem numer 15 kilka przystanków, aż w okolice naszego ośrodka wypoczynkowego Camping Village Jolly. Trochę za wcześnie przybyliśmy, za bardzo przed czasem by się zameldować. Wstąpiliśmy więc nieśmiało do pobliskiej pizzeri Al Calesse. Jak dobra była ta pizza, duża, owalna, niedoskonale okrągła.

Zalogowaliśmy się i rozpakowaliśmy się w domku (bungalow) numer 96. Domek był bardzo skromny. Lodówka, dwa łóżka w tym jedno piętrowe, biureczko, szafeczki i tyle. Ręczniki i naczynia podstawowe na szczęście zabraliśmy ze sobą. Nie marudząc więcej ruszyliśmy do miasta. Bilet autobusowy można tu kupić u kierowcy za 2,50; taniej jednak jest to zrobić w kiosku zanym tutaj Tabacco, za 1,30.  Jest to bilet elektroniczny, na który można ładować tyle przejazdów ile serce pragnie. Ośrodek wypoczynkowy zaproponował nam dojazd busem za 15 w dwie strony; grzecznie im podziękowaliśmy. Lepiej nam się było przejść kawałek na przystanek i sobie spokojnie autobusem numer 6 podjechać. Z Mestre do Wenecji jedzie się około cztero kilometrowym mostem Ponte della Liberta. Wszystkie autobusy dojeżdżają na Piazzale Roma, najgłębiej wypuszczonym w Wenecję przyczułkiem dla pojazdów lądowych. Z tego miejsca po mieście można już się tylko przemieszczać autobusami wodnymi zwanymi vaporetto, sztandarowymi gondolami lub też taksówkami wodnymi. Kanały zastępują tu ulice (jedyną różnicą jest to, że po prostu bardziej buja) oddzielone budynkami, a poza Wenecją porusza się wytyczonymi do poszczególnych wysp trasami, które wyglądają prawie jak autostrady (choć z ograniczeniem do 20 hm/h).

Wysiedliśmy na Piazzale Roma i zaczęliśmy chaotycznie kluczyć, plątać się i gubić, choć miałem głęboką nadzieję, że wiem gdzie idziemy.

Ruszyliśmy przez dystrykt Dorsoduro na południe na Campo Santa Margherita, potem dziwnie zbaczając wylądowaliśmy nad Canale di Fusina, kanale opływającym Wenecję od południa. Ruszyliśmy wzdłuż na wschód i odbiliśmy w lewo kanałem Rio di San Trovaso. Tam się szczęśliwie natknęliśmy na warsztat gonodoli na Squero di San Trovaso; jest to podobno najbardziej malownicze squeri.

Ruszyliśmy dalej w prawo by przejść mostem Ponte dell’ Accademia.

W dystrykcie San Marco, przeszliśmy przez Campo Santo Stefano, Campo San’t Angelo, Campo Manin

by kolejnym z trzech najważniejszych mostów nad Canal Grande, mostem Ponte di Rialto przejść do dystryktu San Polo.

Przez wiele kolejnych kanałów w sąsiadującym od północy dystrykcie Santa Croce; jak widać Wenecja się bardzo wyraźnie rozsypuje, rozpada, nawet niekoniczenie trzeba schodzić z typowo turystycznych tras, ścieżek wydeptanych. Wenecję trzeba się spieszyć oglądać póki jest.

Przeszliśmy ostatnim mostem Ponte degli Scalzi do dworca kolejowego Santa Lucia, a dzień pierwszy nam się powoli kończył.

Ciekawym zaskoczeniem bylo to, że na dworcach Włoskich płaci się za toaletę; w Wenecji 1, a w Padwie na przykład juz taniej bo 60c. Z dworca na Piazzale Roma przeszliśmy mostem Ponte della Constituzione, czwartym mostem Canal Grande, wskoczyliśmy do 6tki i wróciliśmy na kamping.

Część Włoch w jakies się znajdowaliśmy nazywana jest Wenecją Euganejską, Veneto, i jest to północny region Włoch ze stolicą w Wenecji (z miastami takimi jak Padwa, Wenecja, Werona). Nazwana jest tak na cześć Wenetów zamieszkujących te właśnie okolice od IX w.p.n.e. Posługiwali się oni archaicznym językiem indoeuropejskim z pewnymi podobieństwami do łaciny i języków germańskich. Język ten do dziś jest używany, ale nie uważany jednak za oficjalny.