Kategorie: Wszystkie | Dawno przeczytane | Film | Notki | Składanki | Wycieczki
RSS
czwartek, 28 czerwca 2012
chuć

Środa 11/01/27. Damage (1992).

Dr Sephen (Jeremy Irons) na pewnym przyjęciu, pełnym znamienitych gości poznaję Anne (Juliette Binoche), jakby zimną, ale i jakby przyciągającą, jak przepaść. Anna okazuje się znajomą jego syna Martyna. Gdy ten ostatni odwiedza rodziców i przyprowadza Annę, napięcię lekko zinicjowane, niepochamowanie splata Dr Stephena i Annę. Dotąd Dr Stephen prowadził spojokojne życie dojrzałego męża, ojca, brytyjskiego ministra, teraz jednak zapada się, jego podskórne fantazje bezwolnie cieszą się wolnością. Gdy Martyn i Anna są w okresie narzeczeństwa, jego ojciec wynajduje sposoby by spędzić chwile w nienasyceniu, tuż pod nosem własnego syna. Nic nie jest mu w stanie stanąć na drodze wciąż skrytej acz odwzajemnianej pasji, jakby nie kłócącej się zupełnie z nadchodzącym małżeństwem syna.

Czwartek 01/03/12. Cosa voglio di più (2010).

Anna i Alessio to spokojne, pozytywne małżeństwo. On jest złotą rączką, wszystkim pomaga. Z żoną ma przepisowy, podręcznikowy, szanujący się związek. Jest im dobrze. Fakt że jest lekko otyły może obniżać jego libido, ale czy seks jest potrzebny w małżeństwie? Chce przecież mieć z nią dziecko i żyć rodzinnie. Mają jeszcze miłych przyjaciół, a stosunek z nimi jest szczery i rajski wręcz. Anna poznaje jednak Demnico. Przypadkowo się poznają, wcale nie romantycznie. Fakt jednak jest taki, że od razu coś oboje przyciąnęło. Mało ważna jest rozmowa. Moc, przerost, burza hormonów popycha ich ku sobie. Nie są to skryte, wykradnietę pocałunki, ale pełne niezahamowanego pożądania zjadanie się wzajemne. Spotykają się w hotelikach, a przecież Domenico nie jest zamożny. Nie ma pracy i wymyka się niby na basem przed żoną i dzieckiem. Anna zaś stara się zapanować, nie może tak bardzo skrzywdzić swojego męża. Oboje są w potrzasku odstającej od rzeczywistości bajki o niepochamowaniu.

Pewna niedziela. Little Children (2006).

Oto Sarah (Kate Winslet). Mieszka z Richardem, który ma obsesję na punkcie gwiazdy porno, z resztą i tak mało go w domu, ciągle na jakiś zjazdach; wielkiego pożytku z niego nie ma. Sarah sama więc opiekuje się córką. Jest też oto Brad (Patrick Wilson), była gwiazda sportowa. Żona jego Kath (Jennifer Connelly ) jest rewelacyjną dokumentalistką. Piękna jest jego Kathy, ale mało jej w domu, a jak jest, to zmęczona i coż że nadal piękna. Brad więc sam opiekuje się synkiem. Sarah i Brad poznają się na placu zabaw. Sarah jest zaniedbana tak seksualnie jak i uczuciowo, Brad zaś odcięty od sukcesów, przygnieciony sukcesami żony, nie może się w takiej cichej roli znaleźć. Sarah i Brad zaczynają się zbliżać do siebie, przyjacielsko na początku. W końcu popełniają krok większej bliskości, coś się w nich zapala. Dzieci się ich razem bawią, potem idą na dziecięcą drzemkę, gdy oni na pięterku ze sobą niepochamowane zabawy czynią.

14:09, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 czerwca 2012
SZKOCJA

W przeciągu tygodnia, po może zbyt późnym uświadomieniu zbliżającego się długiego weekendu, zaplanowaliśmy czterodniową wycieczkę wgłąb Szkocji. Samochodową, nie pieszą, z noclegiem w hostelach, nie w namiotach. Następnym razem wyciągniemy w końcu ten namiot i nie pokonamy może tyluset mil, ale dojdziemy tam, gdzie nie można dojechać. Wyjechaliśmy z Leeds po 6pm w piątek 1 czerwca. Po półtoragodzinnej przejażdzce, dotarliśmy do Arnside (nad Lancaster) po południowej stronie Lake District. Miasteczko to położone jest w zatoce Morecambe, przy ujściu rzeki Kent, która w bardzo malowniczy sposób rozlewa się ku zatoce. Po zameldowaniu się w yha udaliśmy się, na wieczorny spacerek. 

Wstąpiliśmy do pubu Albion. Spotkałem tam miejscowego barmana o splecionych dredach, który akurat miał wolne, siedział przy boku dziewczyny i miescowego grajka, pieśniaża pieśni turystycznych, a poznałem go kupując smakowite ales. Dredziaż okazał się być potomkiem Polaków. Babka jego uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim. On zaś nosił nazwisko Rodowicz i miał świadomość rzadkości tego nazwiska w Polsce, jak też słyszał o posiadace takowego, o naszej pieśniarki Maryli. Wypiliśmy smaczne dwa ales'y przy muzyce miejscowego trubadura i po godzinie takiej spokojności wróciliśmy do hostelowego pokoju. Mały był i przytulny. Zjeliśmy zbyt późną kolację i położyliśmy się spać gotowi na czarującą Szkocję zerkającą zza następującego poranka.

Obudziłem sie o 5am. Marta przez myśli gmatwaninę spać nie mogła. Wzięła tuż po świcie prysznic, a potem dosypiała. Ja spokojnie zaczytywałem się w tygodniku. Wyjechaliśmy o około 10pm, zaraz po śniadaniu spożytego na podłodze. Kierunek Stirling. Wcześniej dosyć, bo już po przed 1pm dotarliśmy do Edynburga, naszej stacji przystankowej z atrakcjami.

 


Tamteż po zaParkowaniu udaliśmy się starym miastem do City Art Centre. Myślałem, że było to tym miejscem tkniętym sztuką, którego szukałem, gdzie chciałem dotrzeć. Jednak po rozczarowaniu obrazkami, które mnie wcale nie tknęły (mimo, że była to sztuka nowoczesna), wracaliśmy, ja wyrażnie szurając smutnie nogami, gdy nagle okazało się, że pomyliłem dwie galerie i tak w pełni radości znaleźliśmy się przed Scotish National Gallery


A tam cuda, Botticielli, El Grecco, Leonardo Da Vinci,


Warto było z piękną sztuką się zetknąć, światową jak i ponownie włoską. Po nasyceniu wróciliśmy spacerem 




po samochód i pojechaliśmy mostem do Deep Sea. Jest sławny z powodu najdłuższgo podwodnego tunelu ale na tym chyba się kończy jego niezwykłość. 



Może to największę akwiarium w Szkocji, najdłuższy tunel, ale na pewno gorsze niż najpiękniejszy The Deep w Hull, niepodważalnie niezrównany. Mieli tu nawet dwie foki, ale zachowywały się jak dwa kondory Zoo Oliwskiego, zapuszczone, zapomniane, łyse. Pojechaliśmy na miejsce wypoczunku, syha Stirling, w mieście na wzgórzu, o stromych ulicach, możliwie jak i inne szkockie miasta, czego mamy w późniejszym czasie potwierdzenie nadzieje odnaleźć. Po pojawieniu się w hostelu poszliśmy na spacerek. 


Tam na górce miasteczka zameczek jest, a obok malowniczy cmentarz z interesującą piramidą.  Po przejściu przez tonący w słońcu cmentarz, 



weszliśmy poza mury, stare mury miasta i poszliśmy wzdłuż nich, w dół, aż do pomnika Rob Roya. Potem na małe piwko, które niestety sikaczem było. Ale i tak miło było i z weselem spokojnie zasnęliśmy.

W niedzielny poranek wyruszyliśmy ze Stirling na północ, do Loch Ness. Po drodze, koło Callander, wysiedliśmy przy lasku który okazał się Gajem Królowej Elżbiety (Queen Elizabeth Forest Park), taki mały rezerwat z przepływającą rzeką zeskakującą wodospadami. 



Dalej zatrzymaliśmy się przy Loch Lubnaig



Przejeżdżaliśmy koło gór wysokich, oraz jezior długich, Loch tu Loch tam. 





Na przykład wyjątkowo zjawiskowe jest Loch Ba, wyglądające jak mokradła, posiadając małe wysepki, plamki zieleni, które przeplatają się z błękitem jeziornym. Dojechaliśmy, dojrzeliśmy Loch Ness przejeżdzając przez Fort Williams i Fort Augustus



Tamteż naście lat temu przepływaliśmy kanałem kaledońskim. Po drodze zjedliśmy kaszy kuskus, a resztkę gryczanej kaszy w krzaki zwierzątkom daliśmy. W Augustus zdjedliśmy rybkę z frytkami. Wracając przez równie malowniczą, bo tą samą drogą, niemogliśmy się nadziwić widokom, niemogliśmy ścierpieć, że nie zaplanowałem zwyczjajnie jakoś przechadzki kilkugodzinnej przez te piękne górzyska. 



No i dojechaliśmy do Loch Lomond



a na jego południu, do kolejnego syha, umieszczonego w starej posiadłości, zajazdu, zameczku. Drugi raz się w szkockim syha nie zawiedliśmy. Mały zameczek Auchendennan pełniący rolę hostelu. 



Zrobiliśy ponad 200 mil jednego dnia.

W poniedziałek wyjechaliśmy przed 10am opszuczając  zameczek nad Loch Lomond, jadąc w kierunku Glasgow



Puste ono, szare jakieś było, wyludnione, lub przynajmniej nietłumne. Pierwszą atrakcją był Kelvingrove Art Gallery. Piękne i szacowne obrazy i rzeźby są tam zebrane, 





muzeum starożytnego Egiptu, zwierzęta wypchane, eksponaty różnorakie, ułożone koncepcyjnie, nie gatunkowo, ale względem, wielkości, jadowitowości, szybkości, mimikry. Obrazy zaś przedstawione w otoczeniu powiększeń i wytłumaczń, by pomóc odwiedzających zrozumieć je. Van Gogh, (Gaugin, Pizzaro), Matise, (Rembrant, Monet), Dali z Chrystusem. 



Spędziliśmy tam aż dwie godziny. Następnie skoczyliśmy do Riverside Museum


muzeum transportu. Oglądaliśmy lokomotywy, autobusy, rowery, samochody, statki, powozy. Nowe muzeum, widać że całkiem niedawno powstałe, nowe ekspozycje, nowy design, budynek jak fala, tory pofalowane, rzeka zakolająca się. Na koniec Gallery of Modern Art. Trochę nas zawiodła. Niewiele tam było, jeno ogromne ciasto z trocin i jakieś obrazki, słabe raczej, niedotykające. 



Pożegnaliśmy więc dziwne to Glasgow, takie jakieś niepoukładane. 



Wyjechaliśmy w kierunku ostatniego noclegu, do New Larkhill, pięknym miasteczkiem nad rzeczką. Tam, po zalogowaniu, poszliśmy na spacer godzinny i było cudownie. 



Wodospady, zieleń, coś jak Inglengton. Później do łóżka z piwkiem imbirowym, nas nas sen zmożył i dzień nam się skończył.



Obudziliśmy się o 9.30am. Szybko spakowaliśmy się zaspani, gdyż pozostało nam 30 minut na "wylogowanie się". Udało się. Małym spacerkiem nad rzeczką powitaliśmy dzień i ruszyliśmy na południe, do domu. Po drodze, zakolem, zajechaliśmy do zamku Caerlaverock koło miasta Dumfries. Zamek ów jest niestandartowo trójkątny. Przeszliśmy się wokół niego, odwiedzając ruiny po pierwszym, mniejszym zameczku, a gdy zaczęło mżyć, pożegnaliśmy się grzecznie.

No i pojechaliśmy w kierunku Leeds. Jeszcze przed wjazdem na autostradę mućki nam drogę zaszły i spokojnie poczekać należało by one sobie z poastwiska, na pastwisko przeszły. 



Szkocję słoneczną żegnaliśmy angielskim deszczem, które się nad Yorkshire rozpostarło. Przejechaliśmy, gdyby nie liczyć trasę bez wycieczek zakolnych, ponad 500 mil. Następnym razem innaczej ją przeczeszemy.