Kategorie: Wszystkie | Dawno przeczytane | Film | Notki | Składanki | Wycieczki
RSS
piątek, 16 września 2011
Wtorek w Barcelonie

Ostatni dzień wypadł na dokładne, przy dziennym świetle przjście przez Plac Espanya. Wyruszyliśmy lekko skosem do Placu de Francesca Macia, przez szeroką skośną Avingudo d Josep Tarradellas, obok Preso Model, byłego wiezięnia przerabianego obecnie na centrum handlowe. Stamtąd dotarliśmy do parku Joan’a Miro z olbrzymią rzeźbą Dona l’Ocell (kobieta i ptak). 


Po małym piwku w parku przeszliśmy koło Plaza de toros de las Arenas


przez Placa Espanya, ruchomymi schodami ponad Aviguda de Rius i Taulet. Dalej, nie wdrapując się do pałacu, przechodząc koło niego, 


idąc przez park, 


mijając budynek Joan’a Miro ciągnieni kaprysem wjechaliśmy kolejką linową 


na szczyt Montjuic. Nie weszliśmy do zamku (jakoś wcale nie wchodziliśmy do żadnych wnętrz dziwnym trafem) by kąpiąć się w słońcu zejść sobie spokojnie z górki. 


W połowie zejścia zjedliśmy fideua (paella z makaronem) podziwiając w wysoka piękne widoki. 


Schodząc dalej z górki


Przecinając okolice kolumny Kolumba wkroczyliśmy po raz ostatni do El Born,



po to by popełnić wyjątek i wstąpić do Museu Europeu d’art Modern (MEAM). 




Dziwne te obrazy, tak precyzyjnie namalowane, że mogły by być uznane za zdjęcia,


albe zbliżywszy się do nich bliżej zauważy się dokładne, bardzo precyzyjne, ale niezaprzeczalnie ruchy pędzla.



Po cóż malować takie obrazy? Genialne, piękne, ogrom pracy, ale czyż fotoaparat nie uczyni tego samego? 



Ale obejrzeliśmy z uwagą wszystkie obrazy jak i również nieliczne rzeźby; miewały one czasami coś z codzienności, ale często były nadal alegoryczne jakby bardziej. 




Skonani tą całodzienną wędrówką poszliśmy na koncert flamenco, do Palau de la Musica Catalana 


Flamcenco nie musi zawsze oznaczać tańców. Na obejrzanym przez koncercie duetu gitarzysta przepięknie wykorzystywał swoje umiejętności w spokoju przysłuchują się jak pieśniarka rozrywała przed nami swoje serce.


wtorek, 13 września 2011
Poniedziałek w Barcelonie

Udaliśmy się w kierunku morza z nadzieją, że gdy tam dotrzemy pogoda będzie zupełnie bezchmurna. Tak bowiem bywało, że chmury nam troszkę niebo zasłaniały w naszych pierwszych dniach w Barcelonie. Po długim dreptaniu na początku dotarliśmy do Casa Les Punxes.

Później Carrer de Roger przeszliśmy koło nieco mniejszych Casa Thomas i Casa Muntaner.

Wędrując dalej i dalej ...

dotarliśmy do przepięknego Palau de la Musica Catalana gdzie kupiliśmy sobie bilety na flamenco.

Potem dalej doszliśmy do przystrojonym kolorowym dachem Mercat de Santa Caterina, czyli centralnej hali targowej świętej Katarzyny. 

Przeciskając się przez dalsze uliczki El Born ...

przeskoszyliśmy do dzielnicy La Barceloneta. Hala targowa tej dzielnicy świadczyła o niej samej, dzielnica ta bowiem, jako bardzo stara, jest również bardzo biedna. Była od samego początku (podobno) dzielnicą ubogich emigrantów i można powiedzieć taką pozostała. Przekroczyliśmy ją tylko po to by dojść plaży i jak oczekiwaliśmy, niebo było (prawie) bezchmurne.

W końcu wykąpałem się w Morzu Śródziemnym. Jakoś wcześniej w życiu swoim cacłym nie miałem ku temu okazji. Poopalaliśmy się, pobyczyliśmy się i udaliśmy się w drogę powrotną,

na piechotę, przekraczając Ramblę raz jeszcze, dokładnie depcząc mozaikę Miro ...

Później u znajomych w domu sporzyliśmy tapasowy posiłek, przy hiszpańskim piwku, przy całkiem politycznej rozmowie o przewrocie panującego systemu społecznego. 

niedziela, 11 września 2011
Niedziela w Barcelonie
Niedzielę rozpoczęliśmy wycieczką do Parc de La Ciutadella. Fontanny, pałac, pomnik mamuta (w El Born jest i muzem na cześć mamuta). 



Temperatura nadal była wysoka, potliwość równoczęsnie wysoka. Piechotą przeszliśmy raz jeszcze przez El Born,



do placu przed katedrą, 



i dalej na kawkę na placyku pomiędzy starymi uliczkami Carrer De Cervantes i Carrer D Avinyo



Tamteż napiłem się kolejnego nowego napoju zwanego carajillo, który można uprościć do małej kawki z szotem brandy (i tamteż niestety w takiej fromie mi ją podano). Przekraczając Ramblę turystyczną i tłoczną doszliśmy do mniej znanej, 



umieszczonej w nieco biedniejszej dzielnicy, do Rambla del Raval. I znowu; w drodze do niej, w jednym z pakistańskich sklepów kupiłem nowy napój by zaskoczyć swoje kubki smakowe. Zwie się malta, a jest zwyczajnym piwem tuż przed procesem fementacji. 



Zatrzymując się na zwyczajne małe piwko doszliśmy 



do Museu d’Art Contemporary (MACBA). Korzystając ze słonecznej pogody dokonaliśmy tylko intesywnego obejścia bowiem sam budynek MACBA jak i sąsiadujący z nim budynek CCCB zasługłuje na uwagę nasycającą. 



Nieco wygłodnieni doszliśmy zupełnie przypadkowo do Alt Eidelberg na Ronda de la Universitat, niemieckiego baru tapas na dwa piwka, kalmary, ziemniaczki i bardzo delikatne małże. 



Po małej przerwie, wypoczynku popołudniowym wieczorem, pojechaliśmy wprost na Placa Espanya podziwiać magiczne fontanny, podświetlone na podobieństwo sztucznych ogni. 


sobota, 10 września 2011
Sobota w Barcelonie
Sobota (jak planowano) stała się dniem Gaudiego


Na początek poprzez dzielnicę Gracia, przemykając uliczkami, 


po których radośnie przelatywały skuterki, doszliśmy do ulicy Carrer de les Carolines. Tam została zbudowana oto pierwsza kamienica dotknięta przystrojem Gaudiego zwana Casa Vicens



Klucząc przez dzielnicę Gracia,


przeszliśmy dalej prezez Travessera de Dalt, a z niej skręciliśmy pod górę w Aviguda del Santuari de Sant Josep de la Muntanya. Taką drogę losowo wybrałem by nią to wspinać się do Parku Guell. Jakby ktoś mnie w sen wtrącił, tak oniemiałem widząc na końcu tej ulicy ruchome schody wspinające się na wysokość trzech pięter. 



Zaczęliśmy krążyć po parku. 



Nie wspinaliśmy się na sam szczyt, nie weszliśmy zwiedzać wnętrza znajdującego się tam muzeum. Po prostu powoli plątaliśmy się uciekając od zwału tłumów turystów, od których (nimi będąc) chcieliśmy się odciąć. 



Cofneliśmy się (po drodze pijąc cafe con hielo) do stacji Lesseps i wysiedliśmy prawie nad samym morzem na stacji Drassaness. Spod kolumny Kolumba (do której wejść jakoś można i wjechać na sam jej szczyt by podziwiać widok z wysoka) 



przespacerowaliśmy się wzdłuż Moll Bosch i Alsina



Kupliśmy sobie litrowe piwko i zawędrowaliśmy z nim w dzielnicę El Born. Mijając muzeum Picassa i Museu Europeu d’art Modern (MEAM) obiecaliśmy sobie że któreś z nich zwiedzimy. 



Muzyka nam przebrzmiewała w okolicach katedry jakże miło. Później, chaotycznie klucząc, cudem dotarliśmy do Placa Reial



Zdecydowaliśmy się udać się w powrotną drogę przez Rambla



najbardziej zatłoczoną i komercyjną, najbardziej narażoną na małe kradzieże z torebek turystów. Z niej przeszliśmy na Passeig de Gracia by przejść obok, zatrzymując się w pełni oniemienia przy Casa Batllo (sąsiadującej z Casa Amatller



oraz przy Casa Mila (La Pedrera). 


piątek, 09 września 2011
Piątek w Barcelonie
Tuż po wylądowaniu, dotarciu autobusem A2 z terminalu T2 do Pl. Espanya, dalej metrem z jedną przesiadką dotarliśmy na miejsce noclegowe. Słońce dogoniło nas po drodze zapowiadając jaki żar z nieba nas może uderzać. Po gościnnym piwku zebraliśmy się i mimo niespodziewanie nadciągających ciemnych chmur dotarliśmy do Sagrada Familia



Padało, ale jakże krótko. Chroniąc się jednak, zatrzymaliśmy się w barze kanapkowym tuż przed tym największym dziełem Gaudiego; popełniliśmy jednak niewybaczalne frajerstwo. Wyjątkowo nie spojrzeliśmy na ceny zapiekanek i sangrii. Zapłacić trzeba było, ale naprawdę, aż tyle? Taka nauczka. Rozpogodziło się po pół godzinie i w oniemieniu obeszliśmy dostojną, malowniczą , splątaną, wciąż nie ukończoną, Sagradę Familię. 



Skupiając się na detalach



nie potrafiąc nie zauważyć nierozerwalnie z nią połączonych żurawi



oddając ostatni pokłon udaliśmy się z drogę powrotną Avinguda de GaudiWracając miałem niesamowitą przyjemność posmakowania napoju horchata (z utartych migdałów, cukru i mleka, podawana prawie zamrożona). Tak oto zakończyliśy pierwszy dzień zwiedzania.