Kategorie: Wszystkie | Dawno przeczytane | Film | Notki | Składanki | Wycieczki
RSS
wtorek, 13 września 2016
Wtorek 23/08/16 - Mdina i Blue Grotto

Z samego rana pojechaliśmy do Valetty. Wysłaliśmy kartki pocztowe. Zwiedziliśmy St John’s Co-Cathedral.  Najbardziej znana katedra, najbardziej przyozdobiona, z komnatami przydzielonymi na każde ważne państwo dawnych czasów.

Potem pojechaliśmy busem do Mdiny. Przeszliśmy się po starym mieście i na Palazzo Falson usiedliśmy na kawkę i piwko.

Później przeszliśmy na południe, na część Mdiny zwaną Rabat. Przeszliśmy tuż koło katakumb Św. Pawła i dalej Św. Agaty i dalej podziwiając małe skromne uliczki.  

Wracając wstąpiliśmy do sklepu po jedzonko i wylądowaliśmy w parku Gnien Howard zajadając się kozim serem, ośmiorniczkami i oliwkami.

Autobusem 201 tuż przed drugą pojechaliśmy na zachodnie wybrzeże, do Blue Grotto.

Tamteż przepłynęliśmy się łódeczką; opłynęliśmy z przewodnikiem malownicze groty.

Potem popływaliśmy chwilkę w zatoczce. Plaży tam nie ma, tylko kamień, tylko skała, ale woda jest błękitna, przejrzysta.

Poszliśmy na piwko i przed czwartą pojechaliśmy autobusem do hotelu. Przebraliśmy się, umyliśmy się, popływaliśmy w końcu w hotelowym baseniku, ale tylko chwilkę bo akurat deszcz zaczął padać. Po szóstej pojechaliśmy znowu do Valetty. Tamteż w restauracji Ambrozja na Triq L-Arcisqof zjedliśmy obiadek. Soute z sera koziego, potem królik w winie dla Marty i kalmary w chili dla mnie. Do tego zwyczajowo białe wino. Na zakończenie  wieczoru odwiedziliśmy raz jeszcze  GinBar Yard 32 na Strait St. Tym razem zmówiliśmy dżin. Ja z nutką cynamonu z lodem, a Marta z nutką szafranu z tonikiem. Tego wieczoru akurat pewien chłopak wygrywał śpiewając różne miłe uszom covery. Pojechaliśmy potem 13tką do Sliema mając nadzieję na nocne życie, ale objedliśmy sie smakiem odstraszeni typowo angielskimi barami i wróciliśmy na piechotę kupując po drodze piwo i owoce by je spożyć w spokoju pokoju hotelowym.

poniedziałek, 12 września 2016
Poniedziałek 22/08/16 - Paradise Bay i Vittoriosa

Ciężko się spało pierwszego dnia. Pokój mamy przy recepcji, a recepcjonista z wąsem gadał tej nocy sobie z gośćmi do pierwszej rano. O czwartej rano ktoś się wyprowadzał i mimo, że głosu nikt nie podnosił, wszystko było słychać. Ogólnie dziwna sytuacja z portierem z wąsem. Po nocach siedzą koło niego ludzie czekając na taksówkę. Czasem też dziewczyny. Zastanawiałem się czy to nie współpraca z jakąś agencją, bo co to za goście, szczególnie dziewczyny, co tak po nocach taksówkami jeżdżą. Po śniadaniu o dziewiątej rano pojechaliśmy na północ. Dojechaliśmy do Ghadira Bay około dzisiątej. Ruszyliśmy spacerem przez zapuszczony nieco rezerwat.

Skręciliśmy w stronę Czerwonej Wieży o poszliśmy dalej na zachód maszerując po spalonej słońcem drodze.

Potem skęciliśmy na północ i doszliśmy po godzinie marszu do Paradise Bay. Wykąpaliśmy się, poszliśmy na CISKa i ruszyliśmy dalej popijając kupiony świeży sok z jarmużu (i innych zielonych roślinek).

Ruszyliśmy na wschód. Po drodze w jednym przybytku hotelowym poszliśmy na następne piwko. Zamiast dalej maszerować w pełnym słońcu na wschodni kraniec aż do następnej wieży, zdecydowaliśmy się skrócić drogę i wracać na południe. Cała wędrówka, prócz krótkiego pływania, była męcząca, jak przez pustynie się przedzieranie. Ledwo zdążyliśmy po pół godzinnej powrotnej trasie na południe na autobus 49. Przesiedliśmy się w Valletta i przed piątą wylądowaliśmy w Birgu inaczej zwanym Vittoriosa. Uliczką Tirq P. Boffa doszliśmy do głównego placu Misrah it-Rebha. Uliczki były przystrojone w po święcie wniebowzięcia Maryi Panny. Przeszliśmy się dalej nad jachtową marinę i po spacerku, przed pierwszą w restauracji Sattovento zjedliśmy obiad. Ośmiorniczka na początek, a potem na głowne danie spaghetti marinara a dla Marty homar; do tego butelka białego wina.

Spacerkiem przeszliśmy wracając przez ten sam placyk i dalej z powrotem do Valetty. Tam przeszliśmy się gówną ulicą Triq Id-Dejga, potem lewo przez Old Theatre Street, dalej koło Republic Square (znajduje się tam pomnik królowej Victorii – kolejny duży ślad angielskiego panowania) aż do placu Misrah San Gorg.

W jednym z barów, Wild Honey na St. Lucia’s Street wypiliśmy kilka piwek. Raczyliśmy się na przykład piwem Midona i Schofferhofer, a potem Dark Sister i Cheeke Kamille.

Po drodze powrotej, w wyniku nie zdążenia na autobus, poszliśmy na jeszcze jednego CISK’a do bar Jam, akurat trafiając na koncert: pianino, gitara i śpiew.

Wrówiliśmy wieczornym autobusem numer 24.

niedziela, 11 września 2016
Niedziela 21/08/16 - Pierwszy dzień na Malcie

Wylądowaliśmy na Malcie przed trzecią. Kupiliśmy na lotnisku tygodniowy bilet autobusowy i numerem X1 dojechaliśmy do Uniwersytetu. Stamtąd Google-Maps zaprowadził nas ulicą wzdłuż kaktusów z owocami zwanymi prickly pears (opuncja) i dalej ścieżką zupełnie niestworzoną do toczenia po niej walizki na kółkach. Ścieżka może ładna, ale wyboista, kamienista, krzaczasta – dobra na wycieczkę pieszą, ale nie na dojście z bagażami do hotelu. Nie poddając się wspięliśmy się do naszego hotelu Kappara. Przebraliśmy się, zabraliśmy potrzebne rzeczy i ruszyliśmy piechotą do Sliema.

Zaszliśmy od północnej strony jej wybrzeża. Usiedliśmy w małej restauracji. Jedzenie nie było niczym specjalnym, ale za to zapoznaliśmy się tam z lokalnym piwem CISK; będzie nam towarzyszyć do końca naszej wycieczki. 

Malta jeszcze pół wieku temu była pod panowaniem Brytyjska (stała się niepodległa w 1964 roku). Panuje tu ruch lewostronny. Znaki drogowe (jak i zasady ruchu) prawdopodobnie z tego względu pododne są do brytyjskich. Wtyczki elekryczne są typu angielskiego. Do stylu brytyjskiego należy też sposób nazywania tam domów (wiele ma prócz numeru tabliczkę z nazwą). Pomniki brytyjskich głów państwa jak i widniejące to tu to tam czerwone brytyjskie budki telefoniczne uwieczniają historyczne korzenie. W przeciwieństwie jednak do Brytani Malta jest bardzo religijna, katolicka. Pełno tam kościołów. Na szczęście o klasycznej budowie (z małymi wyjątkami). Minęliśmy się z naszym przyjazdem z obchodami religijnymi – wniebowstąpienia Maryi Panny. W każdym miasteczku, poczynając od Sliemy, Valetty, Birgu wisiały jednakie dekoracje, wiszące nad ulicami zasłony o złotych ornamentach na karmazanowym, purpurowym tle, drewniane kolumny udające te z czerwonego marmuru.

Po posiłku przeszliśmy uliczkami na południową stronę Sliemy

a stamtąd po siódmej pojechaliśmy autobusem do blisko położonej Valetty, stolicy Malty.

Na jej głównym placu słychać było próbę dochodzącą z Royal Opera, opery otwartej, bez dachu. Te próby będziemy słyszeć przy każdej naszej następnej wizycie Valetty. Przeszliśmy przez plac Castille Palace, dalej przez Upper Barracca Gardens. Uliczkami dalej do Palace Square aż do zachodniego wybrzeża. Cały wieczór z fortów strzelały armaty, jak na wiwat. Podobno robi się to dla uciechy turystow.

O ósmej wieczorej usiedliśmy w GinBar, Yard 32 na Strait St. Nie będąc fascynatami dżinu, ale doceniając piękny wystrój i klimat baru zostaliśmy nie na gin ale na piwko; zamówiliśmy Paulanera. Potem pojechaliśmy busem 24 do hotelu.

piątek, 29 kwietnia 2016
Loutro - 15/04/16 piatek

Loutro. Rano zjedliśmy w barze śniadanko: omlet, zapiekany w placku ser, tosty i popiliśmy to świeżym sokiem pomarańczowym (na Krecie zawsze wyciskają świeżo sok) i grecką kawą. O 11:00 wyruszyliśmy na przechadzkę wzdłuż brzegu na wschód, krętą górską ścieżką. 


Słońce nas paliło jak na pustyni. Na początku drogi jeszcze gdzieniegdzie można było przystanąć i schować się w cieniu samotnych drzew. 


Potem już tylko słońce palące przez reszte drogi. Jaszczurki od czasu do czasu uciekały nam spod nóg. Mineliśmy dwie plaże, o kamienistych brzegach i w końcu przez pył i po kamieniach


zeszliśmy do plaży słodkiej wody, około 12:00. Zatoczka, z paskiem piasku, odzielona od skalnej ściany, rzędem pachnących słodko drzew. 


Posiedzieliśmy tam mocząc się w chłodnej wodzie, podskakując na rozgrzanych piasku i kamieniach do około 13:00.  


Ruszyliśmy w drogę powrotną. Zjedliśmy obiadek po powrocie w jednej z restauracji. Około 15:00. Sałatka grecka, potem krewetki (znowu w skorupkach), szprotki i spaghetti z mięczakami i do tego jeszcze kalmary. Do tego piwko Fix i winko. Później poszliśmy jeszcze na mały spacerek na zachód, do pewnych ruin i z powrotem. 


O 17:00 usiedliśmy w najbardziej klubowym barze przy dwóch ouzo z wodą, soczkiem i przygryzgrach. Zagraliśmy partyjkę szachów i w końcu wygrałem. 


W sklepie kupiliśmy winko i coś słodkiego. W pokoju hotelowym zagraliśmy przy winku w tysiąca.

Następnego dnia Wstaliśmy o 8:00. Spakowaliśmy się i poszliśmy na kawę o 9:00. 


Wypłynęliśmy promem zgodnie z planem o 9:30. 


Ruszyliśmy z Hora Sfakia samochodem przed 10:00. Jechaliśmy drogą pięknie krętą. 


Tak się żegnaliśmy z południowym wybrzeżem. Jechaliśmy przez Kanion Imvritiko wschodząc i Kanion Kare schodząc z masywów górskich i dale przez kolejne małe miasteczka.


Do lotniska dojechaliśmy przed 12:00. Nad wyjściem z lotniska widniał wielki napis EΞOΔOΣ, ale już nie dla nas niestety. My już nie do Krety, ale do domu niestety udać się musieliśmy.

czwartek, 28 kwietnia 2016
Z Heraklionu do Loutro - 14/04/16 czwartek

Po 9:00 ruszyliśmy w kierunku pierwszego porannego przystanku, do ruin pałacu Knossos. Słońce tam było przeraźliwie palące. Ciężko było w tak pustynnej atmosferze oglądać tak dostojne ruiny



Wytrzymaliśmy pół godziny i po 11:00 ruszyliśmy na zachód. Jechaliśmy północną stroną Krety i tuż przed Rethimon, w miasteczku Panorme zatrzymaliśmy się na cudownej plaży


Bezwietrznej prawie. Posiedzieliśmy tam przez godzinkę i ruszyliśmy dalej o 14:00, na południe przez miasteczka Kuomi,


 Agros Ioannis, przez Kanion Kotsifou


i dalej przez Sellia. 





Potem odbiliśmy na zachód, nad południowym wybrzeżem, aż do miasteczka Hora Sfakia. Tam zostawiliśmy samochód, tuż obok wejścia na prom. Przeszliśmy się bulwarem i wstąpiliśmy do restauracyjki.


Zjedliśmy sobie sałatkę serową, zupę rybną, ślimaki winniczki. Potem lamb chops, rybkę i ośmiorniczki grillowane macki.


Do tego soczek, piwko Fix i winko. Na koniec smaczne ciasteczko i raki.


Kupując bilet na prom dowiedziałem się, że ten o 18:00 spóźni sie 45 minut.  Gdy dopłynął spóźniony zgodnie z przewidywaniami, akurat musiał wykonać comiesięczne tankowanie. W rezultacie wypłynęliśmy o 19:40. Po głowie kręciła mi się historyjka, o Greku wypowiada takie słowa: People say, time is money. Here in Greece there is no time, because there is no money.

Przypłynęliśmy do Loutro 20:00. Nie ma tam miejsca na samochody. Ta osada, siedlisko to kilkanaście domków wciśnietych w skalną zatokę, do której można się dostać górską ścieżką albo promem. Zameldowaliśmy się do naszego hotelu Oasis i poszliśmy się przejść na wieczorny spacerek na piwko.

środa, 27 kwietnia 2016
Z Palekastro do Heraklionu - 13/04/16 środa

Wyjechaliśmy z hotelu przed 10:00 i ruszylśmy w drogę powrotną, ze wschodu na zachód.

Serpentynami przez góry jadąc, zatrzymaliśmy się na kawce przy punkcie widokowym przed wsią Sfaka.


Potem dalej, przez różne wsie i miasteczka, przemierzając ...





tuż koło wcześniej odwiedzanego Agios Nicolaos, dojechaliśmy do Heraklionu około 12:00. Zostawiliśmy samochód na parkingu i zameldowaliśmy się w hotelu Mirabello. Ruszyliśmy na przechadzkę. Portier w hotelu powiedział nam, że najlepiej trzymać się centrum bo na obrzeżach, w okolicach dawnego starego miasta nie na czego szukać, bo nikt o nie nie dba i się sypie, a przechadzka wokół murów obronnych też nie ma sensu. „People ask me is it good to go there, and I’m saying, for me, there is nothing to see”.

Zeszliśmy w dół ulicą mijając ruiny jakiegoś kościoła


doszliśmy do bulwaru, tuż obok fortu skręciliśmy po górę 25th Augoust 


i w okolicy St Mark’s wypiliśmy sobie piwko. Potem dalej ulicą Evans i dalej koło Averof do Eleftherias Square


Potem na północ, Mpofor w strone portu i na lewo ulicą Sapforus; znowu przez centrum przez Horidakos i w prawo przez Kidonias. Tam w pierwszej restauracyjce zjedliśmy obiad o 15:30. Surówka warzywna, haloumi smażone, ryż w atramencie kałamarnicy, spaghetti z krewetkami i mule w muszelkach. Do tego dwie karafki house wine.  


Po obiedzie poszliśmy dalej Kidonias, skręciliśmy, zrobiliśmy koło i dalej  przez Psaromiligkon, a potem do głównego skweru przez ulicę 1866, na zachód przez 1821, aż do pięknego kościoła o kolorowych witrażach, Saint Minas


Dalej przeszliśmy Kalokerinou, Delimarkou i skreciliśmy w uliczkę Mastracha

Weszliśmy w rejon starego centrum miasta, centrum porzuconego, którego portier z hotelu nie radził nam odwiedzać.



Potem przeszliśmy dalej, aż do starego Armenian Church 


i potem znowu na Kalokerinou. Na sktrzyżowaniu z Delimarkou usiedliśmy w kawiarni na kawkę i ciasto. 

Potem z powrotem wskoczyliśmy w sypiącą się dzielnicę, ulicą Delimarkou, do Dermatos Gate i dalej koło kościółu St Triada


Wstapilismy na piwko do baru na Michelidaki.


Weszliśmy z powrotem do nowego centrum, plątaliśmy się w uliczkach i przy placu El Greko około 19:00 wypiliśmy po Fixie, dark and light rozgrywając dwie partyjki szachów. Obie przegrałem.

Przechadzając się po Haraklionie starałem się znaleźć ciekawe murale. Znalazłem jednak wiele szablonowych malunków, szczególnie antynazistowskich i antyglobalistycznych.



oraz kilka o charakterze prokreacyjno animalnym.


wtorek, 26 kwietnia 2016
Z Agios Nicolaos do Palekasrto - 12/05/16 wtorek

Wyruszyliśmy z Agios Nicolaos po 9:00. Odskoczyliśmy lekko z trasy by zobaczyć starodawny kościółek, XIII wieczny Panagia Kera


W miasteczku Kasta zjedliśmy lekkie sniadanie. Jechaliśmy dalej serpentynami, przez góry z daleka widząc morze na północnym wybrzeżu. Przejeżdżaliśmy przez licznej wioseczki


i w jednej z nich, we wioseczce Sfaka zatrzymaliśmy się na grecką kawę (Greek coffee).


Potem dalej, i dalej ...


Wbijaliśmy się coraz bardziej w wysuszony słońcem ląd, jakbyśmy wjeżdżali w pustynne terenu Meksyku. Po 12:00 dojechaliśmy do Palekasrto i do naszego hotelu, House Margot.

Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na plażę Vai. Droga do niej prowadząca gęstniała palmami. 


Plaża była bardzo słoneczna, morze nie tak zimne jak w Matala czy Agios Nikolaos. 


Siedzieliśmy tam od 13:00 do 15:00. 


Potem pojechaliśmy coś zjeść. Wróciliśmy do miasteczka i usiedliśmy w restauracji naprzeciw naszego hoteliku. 

Pani nas obsługująca była miła jak matka goszcząca swoje dorosłe już dzieci odwiedzające ją raz na miesiąc. Zrobiła nam sałatkę z tartej kapusty i warzyw. Smażaoną fetę, moussakę, krewetki (w pancerzach) i kalmary. Do tego piwko i winko. Na koniec nasza gospodyni sama z siebie zrobiła dla nas talerz pokrojonych owoców. A na dowidzenia poczęstowała nas ciastem i kieliszkiem RAKI. 


W hotelu, jego szef na pytanie, gdzie by można się przejść kawałek, polecił nam Karoumes Gorge, koło wsi Chohlakles. Dochechaliśmy tam i ruszyliśmy na spacer o 17:20. 


Pięknie kamienistą drogą, przeciskając się między skałami i głazami doszliśmy do morza o 18:20. 


Ruszyliśmy z drogę powrotną i przy samochodzie byliśmy już o 19:20. 


Piękna to była trasa i piękne wczesno wieczorne morze. W mieście kupiliśmy coś na śniadanie, między innymi tajemniczy trunek, który później okazał się nie do spożycia. Była to Retsina, typ bardzo młodego wina. Nasza miała 11% i smakowała jak cydr chrzczony raki. Porozmawialiśmy jeszcze chwilkę z szefem hotelu. Powiedział nam, że nieukończenie domków mieszkalnych nie wynika z kryzysu czy biedy, tylko z braku chęci właścicieli. Porzucają budowę, dom w surowym stanie przenosząc się gdzieś indziej. Nie chce się Grekom, jego zdaniem kończyć tego co zaczęli.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Z Matala do Agios Nicolaos - 11/04/16 poniedzialek

Po śniadaniu hotelowym (motelowym)  o 8:30 ruszyliśmy dalej w trasę. Drogą 97. 


Za Herakionem zatrzymaliśmy się przed 11:00 w Cretaquarium. Poznaliśmy łopacza, homarowatego takiego. Po 11:00 pojechaliśmy dalej. 


Do Agios Nicolaos i naszego hotelu Pension Mylos dojechaliśmy o 13:00. Zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy bulwarem 


na małą plażęPosiedzieliśmy tam przy kawie I jasnym I ciemnym FIX'ie. Po godzinie poszliśmy dalej


w kierunku Lake Voulismeni, niegdyś uznanego za bezdenne, później stwierdzonego jako 64 metrowe. 


Na Politechniu, za placem Agia Triada zdjedliśmy obiad w małej restauracyjce włosko greckiej . Mus z ikry, zawijasy z ryżem (typu goląbki piklowane), sałatka krabowa, spagetti i rybka. Do tego house wine i soczek. Na deser dostaliśmy RAK'i. 


Pszeszliśmy się dalej na drugą plażę, za Mariną. Tam przeleżeliśmy chwilkę, a potem , tuż przy niej usiedliśmy w barze na piwko Fix; Miki dostał deser banana split. 

Po 17:00 przeszliśy się dalej . Na kawce i lodach zatrzymaliśmy się w kawiarence przy Lake Vouoismeni, w którym z zgodnie z legendą Atena się zwykłą kąpać. 

Potem do hotelu. Przebraliśmy się i wybraliśmy się jeszcze na krótki spacerek bulwarem w drugą stronę, by zrobić zobie zdjęcie przy rzeźbie Europy na Zeusie w postaci byka. 


niedziela, 24 kwietnia 2016
Z Chania do Matala - 10/04/16 niedziela

Wyruszyliśmy z hotelu po 8pm. Wyjechaliśmy z parkingu i nim wyjechaliśmy z Chania, zjedliśmy śniadanie w kafejce. Spanakopita serowa i szpinakowa oraz kawałek pizzy. Do tego kawka i sok. Wyruszyliśmy w dalszą drogę po 9pm.

W Grecji, na Krecie, widoczna jest bieda. Niektóre drogi są wykończone za dofinansowaniem Uni Europejskiej. Salony samochodowe, małe biura i salony sprzedaży stoją i błyszczą nowością, zapewne też z dofinansowania. Jednakże budynki miekszalne stoją w stanie surowym lub mają zbudowane tylko partery, a z dachów, stropów sterczą w górę zbrojenia gotowe na przerwaną budowę następnej kondygnacji. Inne domy są zapuszczone, odrapane, z sypiącymi się tynkami. Stojące tak koło tych salonów sprzedarzy stanowią smutny kontrast. (Później, po powrocie, dowiedzieliśmy się że jest to może  spowodowane pewną ulgą podatkową, o którą można się ubiegać gdy dom jest niedokończony, gdy nadal jest w budowie).

Jadąc wzdłuż, drogami greckimi, dostrzec można małe kapliczki, minaturowe kościółki na metrowych kolumienkach. Stawiane są prawdopodobnie na cześć osoby zmarłej (wstawiane sę do nich lub przepiane do nich zdjęcia ludzi mogą o tym świadczyć), albo zwyczajnie dla chwały Boga.

O 10pm zatrzymaliśmy się w Rethymnon. Zostawiliśmy smochód w lekkim oddaleniu od  centrum. Przeszliśmy się bulwarem, koło stadionu w kierunku fortecy, 


koło dość bogatego budynku prefektury policji. 


Potem dalej z placu Politechiou uliczką Koroneu, tuż koło kościółka (Noas Tis Kirias ton Angelon).


Potem w lewo skręciliśmy i doszliśmy do fortecy. Potem dalej mijając galerię sztuki współczenej. 


Następnie doszliśmy do Portu Weneckiego. Był nadal za chłodno by usiąść w słońcu. 


Obeszliśmy kres plaży i wróciliśmy do samochodu mijając znowu początek bulwaru, gdzie od strony morza malowniczo rosną palmy a po drugiej stronie psuje widok stara, opuszczona fabryka. Look around.

O 11pm wuszyliśmy dalej, na południe. Przez góry i drogi zawiłe dojechaliśmy do opactwa Preveli. Marta musiała zarzucić długą spudnicę pożyczoną od kasjera muzealnego. Nie można na terenie opactwa nóg okrytych (a tym bardziej innych części kobiecego ciała) pokazywać. Mnisi chcą żyć tam w spokoju, bez niepotrzebnych dekoncentracji. 


Opactwo bardzo śliczne. Na jego terenie znajduje się nawet małe zoo które mogliśmy z góry podziwiać. Pawie, indyki, kozym lamy, osiołki. 


Opactwp było ono znane z tego że w 1941 podczas bitwy o Krete wspomagało aliantów. Pojechaliśmy dalej , kawałek tą samą drogą zawracając z drogi na opactwo, 


i dalej, aż do Palace of Phaestos. Zjedliśmy tam spanakopitę szpinakową, serową oraz z serem z szynką. Do tego piwko Mythos. Pełno tam było kotów bezdobnych, a z tego podobno Grecja, czy Kreta słynie, z wałęsającej się masy bezpańskich kotów.  Ruiny tylko z góry zmierzyliśmy wzrokiem i pojechaliśmy dalej.


Do hotelu (motelu/pensjonatu) Dimitris w Matala dojechaliśmy po 15:00. Basen był, ale nie napełniony; nie ten sezon. Poszliśmy na plażę skalistym klifem otoczoną wyzierającą na morze Libijskie. 


W ścianie tego kilfu wykute są tajemnicze komnty, był prawdopodobnie grobowce rzymskim lub wczesno katolickie. W latach 60-tych zamieszkiwali je hippisi. Chwilkę się wykąpaliśmy w zimnych falach, wysuszyliśmy się i poszwędaliśmy się po tych skalnych salkach z półkami przeznaczynimi na nieboszczyków. 


Po 16:30 zebraliśmy się i ruszyliśmy na obiad.  Zjedliśmy świeże karczochy z kremem serowym, sałątkę grecką, i dolmy (zawijany w liście winogron piklowany ryż), sznycel i tależ darów morza. Do tego piwko FIX.  


Potem przeszliśmy się po Matali, która jest malutką wioską raczej niż miasteczkiem, albo można raczej to nazwać siedliskiem. 



Usiedliśmy jeszcze na jedno piwko na głównym placyku, tym razem na Mythos, a potem poszliśmy wieczorkiem do hotelu.


sobota, 23 kwietnia 2016
Chania na Krecie - 09/04/16 sobota

Wylecieliśmy z Leeds o 6:30. Wylądowaliśmy w Chania na Krecie przed 13:00. O 14:00 wyruszyliśmy na wschód. Godzinę jechaliśmy przez miasteczka asfaltowymi drogami.

Ostatnie pół godziny jechaliśmy drogą żwirową, z prędkością 20 km/h. Szybsza jazda wyrwałaby nam zawieszenie w wynajętym Fiacie Putno. Ale i tak widzieliśmy tylko jeden samochód bardziej odpowiedni do takiej jazdy. Reszta tak jak by, trzęsąc się zajeżdżała swoje małe jeździki. 


Zostawiliśmy samochód na parkingu wśród górskich kóz; niebyło tam nikogo kto by miał baczenie na samochody. O 15:30 ruszyliśmy ścieżką na plażę. Ostatni kilometr w dół po skalistych schodach i znaleźliśmy się plaży Balos.


Na samej plaży było wietrznie i raczej nie było mowy o kąpielach, nie ten sezon. Nad Chanią, gdy wyjeżdżaliśmy nie było chmur. Tutaj, chmury zatrzymywane przez szczyty górskie zasłaniały nam słońce. 


Po godzinie spaceru ruszyliśmy z powrotem, ścięzką górską, drogą żwirową, aż dojechaliśmy do cetrum Chania. Zostawiliśmy samochód na parkingu i poszliśmy się zalogować, zameldować w hotelu Morfea’s Nest. Zostawiliśmy rzeczy i poszliśmy do sąsiadującej restauracyjki. Sałatka warzywna, bolognese, kalmary i spanakopita wegetariańska. Piwo ALFA i house-wine. A na koniec ciasteczko migdałowe I dwa szoty RAKI.


Przeszliśmy sie potem po mieście. Grecja ma lekkość erotyczną w sobie. Moża kupić w sklepach z pamiątkami figurkę demona z wielkim przyrodzeniem, otwieracze do butelek z rękojścią w kształcie członka, wszelakiego rozmiaru, karty do grania z pozycjami erotycznymi z greckich starożytnych malowideł. Najcześciej jednak natknąć się można było na dyndające tu i ówdzie otwieracze. Zaplątaliśmy się po uliczkach i wróciliśmy do hotelu.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48