Kategorie: Wszystkie | Dawno przeczytane | Film | Notki | Składanki | Wycieczki
RSS
czwartek, 18 września 2014
Dzień ostatni we Florencji - 23/08/14

Wstaliśmy po 8:00, zjedliśmy śniadanie, wyjechaliśmy i we Florencji byliśmy o 10:45. Pogoda się niestety zmieniła. Mżyło już gdy jechaliśmy do Florencji, mżyło gdy zaczęliśmy ostatnią pieszą wędrówkę przez Florencję. Przez Via Nazionale, na północ przez Via Feanza i dalej na prawo Via Buelfa na Plazza dell Indiepenza. Ta część Florencji, północna jest bardziej szara, pusta. Wypiliśmy kawkę w bezpłciowej kafejce i poszliśmy dalej przez Via XXVII Aprile aż do Converto di Sant’Apolinia. Ujrzeliśmy tam olbrzymi fresk ostatniej wieczerzy namalowany w 1445-50 przez Adrea del Castego.

Stamtąd poszliśmy na Piazza Di San Marco i do kościoła San Marco. Napotkaliśmy tam mnogość cel mniszych, gdzie napełniali się oni świętym spokojem, każda zaś sala przyozdobiona była freskiem autorstwa Fra Angelico o tematyce opartej li tylko na żywocie Jezusa.

Między innymi The Mocking of Christ, Meditation on the Passion oraz najbardziej znany The Annuciation.

Na obrazie The Mocking of Christ oraz Meditation on the Passion można zaobserwować dziwną formę ukazującą lewitujące dłonie i twarze wyszczególniające niejako formy drwienia z Jezusa, reminiscencje kolejnych upokorzeń. Są to elementy pasji, męki Pańskiej, wydarzeń otaczających, poprzedzających i ukrzyżowanie Chrystusa oraz wydarzeń następujących po nim.

Dalej przeszliśmy przez koło Via Gorgio La Pirra do muzeum paleontologii (szkielety mamutów, strusiowatych, przodków koni). Dalej przez muzeum mineralogii (piękne kryształy, kamienie szlachetne ułożone według ich struktury jak sposobu ich powstania).

Następnie dalej przez Via Ricasoli doszliśmy do Galerii Akademia, a tam Dawid Michała Anioła i mnogość innych pięknych rzeźb, nad którymi jednoznacznie górował ów Dawid, 5.2m wysokości.

Odnalazłem na górnych piętrach tej galerii obraz podobny w technice do dwóch fresków namalowanych w celach San Marco. Ten został namalowany przez maestro Maestro della Madonna Straus zatytułowany „Christ as the Man of sorrow with the symbols of the Passion” (cristo in pieta con i simboli – 1400-1405).

Odwiedziliśmy tamże małe muzeum wiekowych instrumentów, w Conservatorio. Później poszliśmy Via Degli Alfani, w prawo Via Della Pergola, potem na lewo Via Sant’Egido i na prawo przez Borgo Pinti aż do restauracji Il Ghibellini. Tam zjedliśmy obiad: pizza, pasta i calzone.

Najedzeni i winem z karafki napici poszliśmy w dół Via Matteo Palmieri, na lewo Viadei Pandolfiini i w prawo Via Michelangelob Buonarotti ...

(po drodze napotykając kilka dzieł ulicznej sztuki) i dalej, jeszcze raz na prawo Via Ghibellina do Casa Buonarroti, gdzie prócz kilku kopi Michała Anioła znajdowały się dzieła innych twórców, między innymi obraz Kandinskiego.

Dalej stamtąd prosto i dół przez Via Giuseppe Verdi na Piazza Di Santa Croce. Weszliśmy do Bazyliki Santa Croce

I nasycaliśmy się ilościom i bogatym kolorytem napełnionych fresków, oraz obrazów, między innymi La discesa di Cristo al Limbo - Agnolo Bronzino.

Obraz ten przykul moją uwagę z powodu spoglądających spoza niego twarzy. Często malarze umieszczali osoby znajome, lub też sponsorów ich twórczości na obrazach i one to właśnie zwracały swój wzrok na przyszłego widza. Moim zdaniem na tym oto obrazie dwie postacie, pokazane poniżej, są jedną i tą samą osobą, która została  sportretowana również przez tego samego malarza na obrazie Portrait of di Constanza.

Stamtąd prosto na zachód Borgo de’Greci doszliśmy do Piazza Della Signoria by tym razem dokładniej przyjrzeć się olbrzymim rzeźbom, których niektóre oryginały zdążyliśmy już zobaczyć w poszczególnych galeriach, między innymi Dawid Michała Anioła, Porwanie Sabinek autorstwa Giambologna oraz Perseusz z głową Medusy Celliniego.

Kończąc nasz ostatni akt podziwiania sztuki miasta Florencji poszliśmy z powrotem w stronę dworca, w górę Calimala, Via Roma i w lewo Via de Pecori (mijając po raz ostatni Duomo), Via Degli Agli i do góry Via Degli Avelli.

Z dworca wyjechaliśmy o 16:00, żegnając się z Florencją. 

Kończąc, takie oto zmodyfikowane znaki drogowe zdążyliśmy jeszcze zauważyć:

i ciekawą serię ludzików przedstawiających motywy Exit, Fly away oraz Resistence. Więcej na ten temat znalazłem TU i TU.

W drodze do Pisy pojechaliśmy do Vinci, do Museo Leonardino stworzonego koło Santo Stefano, kościoła gdzie Leonardo da Vinci został ochrzczony. Nie mogliśmy robić w środku zdjęć, ale zobaczyliśmy jego mechanizmy zbudowane na podstawie jego planów sporządzonych na przełomie XV i XVI wieku. Na przykład rower ze skurzonym łańcuchem, czołg, ruchomą platwormę do budowy kopuł u bazylik (wykorzystaną przy budowie kopuły we Florencji). Stamtąd wyruszyliśmy do domu, a po 20:00 wyruszyliśmy na piechotę do centrum Pisy,

by zobaczyć w końcu sławetną wieżę.

Potem schodząc w stronę rzeki Arno na Via Santa Maria wypiliśmy piwko. Dalej wzdłuż rzeki Arno odbiliśmy na wschód i doszliśmy o 21:30 do domu. Okazało się, że w Pisie też można było napotkać wiele z ludzików znalezionych we Florencji.

Reasumując, bardzo się opłaca kupić na 3 dni (72 dwie godziny) możliwość już opłaconego wejścia do 62 dwóch muzeów, bez kolejki, a te były długie na przynajmniej godzinę stania.

środa, 17 września 2014
Florencja - dzień drugi - 22/08/14

Obudziliśmy się już po 7 rano by odpowiednio wcześniej wyjechać i stanąć przed Duomo. Dojechaliśmy do Florencji już o 9:50. Wyruszyliśmy przez Via Panzani, Via Cerretani i stanęliśmy w kolejce do wejścia do katedry St Maria del Flore (czyli umownie Duomo). 

Po 15 minutach stania weszliśmy do środka. Kobiety w przykrótkich, zbyt wysoko powyżej kolan zakończonych odzieniach muszą wykupić za 1 euro papierowe okrycie. W kościołach włoskich nie można pokazywać ud i tyle. Przeszliśmy przez wnętrze katedry by potem stanąć na zewnątrz w innej kolejce (dzięki FirenzeCard dużo krótszej) by wdrapać się ponad kopułę katedry.

Przez 463 stopnie wspinania się najpierw wzdłuż ścian, by potem przeciskać się poprzez czaszę kopuły, między jej sufitem a dachem. Po drodze można z bliska podziwiać fresk na suficie kopuły (Sąd Ostateczny - Vasari) przedstawiające kręgi piekielne, czyściec i niebo u samego szczytu.

Później wychodzi się na szczyt kopuły i nasycać się można widokiem Florencji z lotu ptaka.

Na koniec trzeba było jednak zejść na ziemie przejściem z drugiej strony kopuły; wcale nie krótszym. Na drżących nogach

przeszliśmy przez Via Dei Calzaiuoli, skręciliśmy w prawo na Piazza della Republica z wbudowanym wielkim łukiem tryumfalnym. Dalej przez Calimala, i w prawo Via Porta Rossa, aż do Piazza Santa Trinita. Stamtąd uliczkami do rzeki Arno ...

(powyzej : Piazza della Republica, Piazza Santa Trinita, Ponte Vecchio)

... w stronę wschodnią, w kierunku muzeum Uffizi. Po drodze wpadliśmy na kawkę w małej kafejce na rzeką na Lungarno Degli Acciaiuoli dając nogom chwilkę odpocząć.

Dzięki naszej FirenzeCard nie musieliśmy na szczęście stać w niekończącej się kolejce do Uffizi, tylko weszliśmy od razu do muzeum. W muzeum tym trzeba było tylko przejść kontrolę, jak na lotnisku i już było się wolnym by eksplorować sale przepełnione sztuką. Wędrowaliśmy przez około 45 sal podziwiając między innymi Narodziny Wenus Botticelli’ego, Tondo Doni Michała Anioła, Bacchanalia Rubensa.

Trafiłem również na obraz El Greko - Św. Jan Ewangelista i Św. Franciszek. Później (mając na uwadze to że El Greko malował te same obrazy po kilka razy) dowiedziałem się, że ów obraz ma swoją wersję pod tytułem „Św. Jan Ewangelista i Jan Chrzciciel” znajdującą się w museum w Santa Cruz, a obraz samego Jana Chrzciciela wisi w galerii Fine Arts Museums w San Francisco, San Francisco.

Na podobną historię natknąłem się przy obrazie autorstwa Artemisia Gentileschi „Judyta mordująca Holofernesa”. W Uffizi jest jedna wersja,  a w Museo di Capodimonte w Neaopolu druga.

Idą dalej widzieliśmy również Wenus z Urbino Titiana,  Medusę Caravaggio, obraz (znany z widzenia bardziej z powodu podobieństwa do aktora Keanu Reeves’a) autorstwa Girolamo Francesco Maria Mazzola (Parmigianino) – Portret mężczyzny.

Po 1,5 godziny przechodząc przez większe i mniejsze sale wyszliśmy w końcu z genialnej galerii Uffizi, najstarszej galerii na świecie.

Przechodząc przez rzekę Arno mostem Santa Trinita i dalej idąc Via Del Presto Di San Martino dotarliśmy na Piazza di Santo Spirito.

Narzeka się czasem w Polsce, lub czasem koli niektórych w oczy to zbytnie afiszowanie się religią katolicką. Tutaj jednak, we Florencji i ogólnie we Włoszech każda prawie ulica czy plac nawiązuje do świętych, do symboliki katolickiej. 

Na placu zjedliśmy obiad i ruszyliśmy Via de’Michelozzi, Sdrucciolo de’Pitti, Via Toscanella, Borgo San Jacopo, dalej przez rzekę Ponte Vecchio, obciążony kilkunastoma (a może większą ilością) sklepami jubilerskimi most. Ceny są tam niebosiężne i wydaje mi się że prekraczają kilkukrotni swą prawdziwą wartości, tylko z tego powodu, że są sprzedawane na tym właśnie moscie. Dalej Via Per Santa Maria, w lewo Via Porta Rossa, w prawo Via De Tornabuoni, Via Della Spada, Via Del Sole ...

... doszliśmy do Museo Novocento – muzeum sztuki współczesnej. Widzieliśmy znany moim zdaniem obraz Fontana – Concettino Spaziale Attesa, oraz inne, całkiem ciekawe dzieła,

Stamtąd na parking i do domu; wyjechaliśmy o 16:00. Po drodze, jak i dnia poprzedniego natrafialiśmy na wiele przykładów sztuki ulicznej. Czasem były to modyfikowane znaki drogowe:

a czasem seria znanych dzieł w maskach do nurkowania tytułowana L’Arte Sa Nuotare:

W Pisie lub raczej na północ od Livorno wpadliśmy na plażę. Popluskaliśmy się w falach wody tak słonej, że mogłem się na niej spokojnie położyć, nieznacznie tylko, od niechcenia wachlując kończynami. We Włoszech wiele pasów plaży jest prywatnych. Za korzystanie z nich trzeba płacić od 3 euro od osoby, przez czasami jedyną możliwość w formie wykupu stanowiska z parasolem i krzesełkami lub leżakami za 10 euro (do pięciu osób) aż do 35 euro za nieco lepszy daszek. Są też kawałki darmowe, długości może 10m. Pełno na nich niedopałków. Darmowa, ale nie sprzątana.

wtorek, 16 września 2014
Pierwszy dzień we Florencji - 21/08/14

Przylecieliśmy dnia poprzedniego, 20 sierpnia, do Pisy. Czekał tam na nas wynajęty samochód. Spokojnie pojechaliśmy do wynajętego mieszkania. Odebraliśmy klucze. Gospodarz obdarzył nas świeżo zrobionym sosem do spaghetti, wyjątkowo rzadkim, ale tak wygląda sos we Włoszech, konsystencji zupy pomidorowej. 

Wieczorem i w nocy do wynajmowanego przez nas mieszkania na piątym piętrze, przylatują komary. Wlatują w nocy i bzyczą. Kamienica stoi na linii trasy lotu samolotów startujących z lotniska Pisa, i tuż nad naszym domem przelatują one i huczą. Łazienka tego mieszkania pod prysznicem ma bidet i muszlę klozetową. Gdy ktoś się kąpie, drugi nie może się nawet wysikać i na odwrót, chyba że oboje się kąpią. 

Następnego poranka wyjechaliśmy przed 10:00 rano do Florencji. Jechaliśmy około 45 minut i o 10:45 zaparkowaliśmy na parkingu dworcowym Santa Maria Novella. Rozpoczęliśmy zwiedzanie Toskanii od Florencji. Ulicą Via Faenza poszliśmy w stronę Duomo, najbardziej charakterystycznej bazyliki, najbardziej okazałego budynku Florencji.


Wielka już kolejka sączyła się do katedry, a turyści mrowili się na Plazza del Duomo. Odebraliśmy FirenzeCard z Museo del Bigallo i weszliśmy do mniej obleganego przez turystów sąsiadującego Battistero, by podziwiać sufit bogato zdobiony...

Museo dell’Opera, znaczący obiekt na naszej trasie, niestety było zamknięte, więc udaliśmy się na południe Via del Proconsolo przez Museo di Antropologia (w Palazzo Nonfinito) (otwarte, ale niestety w remoncie, i przez niezadbanie nudne) i dalej Via Del Corso, przechodząc tuż koło kościoła Santa Margeritha de’Cerchi, w którym Dante ujrzał pierwszy raz Beatrice, doszliśmy i weszliśmy do Casa di Dante.

Potem dalej Via del Proconsolo jeszcze, na południe idąc, kupiliśmy sobie lody. We Włoszech (a może tylko we Florencji) lody nakłada się dużą szpatułką i porcja lodów to nie kulka średnicy 3cm (i to jeszcze czasami nawet ścięta, niepełna) tylko trzy razy większa porcja nałożona od serca. Zjedliśmy sobie spokojnie lody w cieniu i weszliśmy do Muzeo Nazionalle del Bargello by podziwiać niesamowite rzeźby o tematyce zaczerpniętej z mitologii greckiej i hebrajskiej.

Później, idąc przez Plazza della Signorra odbiliśmy nieopatrznie na zachód i dotarliśmy do Plazza Santa Trinita. Dalej, Ponte Santa Trinita przeszliśmy przez rzekę Arno na jej południową stronę.

Dalej przez Borgo San Jacopo dotarliśmy na Plazza de Rossi. Tamteż w Bar Pizzeria (bardzo charakterystyczna nazwa) zjedliśmy obiad.

Nasyceni przeszliśmy przez Via de Gaucciardini do Palazzo Pitti. Tam zostaliśmy na kilka dobrych godzin. 

Przechadzaliśmy się po Gardino di Boboli, przez fontannę Neptuna, potem w dół kręta ścieżką sąsiadującą aleją cyprysową doszliśmy do L’Isolotto by wrócić do pałacu.

Przechodziliśmy przez niekończące się pokoje galerii Palatine z obrazami przedstawiając bóstwa greckie i bohaterów historii biblijnych.

(Powyżej : Tiziano Vecellio - Maddalena, Filippo Lippi - Madonna col Bambino e Storie della vita di sant’Anna, Jacopo Ligozzi - Allegoria Della Redenzione).

Zeszliśmy na chwilę na kawę by potem raz jeszcze wspiąć się na schody, na sam szczyt pałacu, do galerii d’Arte Moderna, która nie okazała się aż tak współczesna.

(Powyżej : Stoeving Curt - Allegoria della Vita, Tenerani Pietro - Psiche Abbandonata, Max Klinger - La sirena).

Wychodząc z Palazzo Pitti skręciliśmy z Via de Guicciardini do Via Mazzetta, przechodząc  koło Plazza di Santo Spirito, dalej Vi Sant Augostino, Vi Santa Monaca koło Piazza del Carmine, potem w prawo i dalej przez Borgo San Fernando, Piazza di Castello

i z powrotem przez rzekę Arno Ponte Amerigo Vespucci.

Z dworcowego parkingu zjechaliśmy o 17:45. Na zakończenie, pierwsza dawka Florenckiej sztuki ulicznej. Florentczycy tak właśnie umiejętnie potrafią upiększyć znaki drogowe.

sobota, 22 czerwca 2013
Dawna przebieżka po Bristolu

Na przestrzeni marca i kwietnia wizytowałem miasto Bristol i spacerując po nim wieczorami nabierałem tyle zdjęć, że urodził mi się pomysł by połączyć te kilka wycieczek, godzinnych przechadzek, w jedną wędrówkę, plątanine po ulicach miasta. Oto więc i start wycieczki, Bristol Temple Meads Rail Station. Z niej idziemy to, aż do głównej  ulicy Temple Gate.

 

Skręcamy w prawo i na rozwidleniu przy rondzie, skręcamy w lewo ulicą Redcliffe Way.


Po drugiej (prawej) stonie ulicy znajduje się dom poety Thomas'a Chatterton'a, z pozostawioną frontową ścianą oryginalnego domu rodzinnego.

Idąc dalej skręcamy w lewo, okrążając kościół St Mary Redcliffe ulicą Pump Lane i Colston Parade.


i dalej do ulicy Redcliffe Hil. Skręcamy w lewo, potem pierwszą w prawo do ulicy Guinea Street. Przechodzimy przez mostek.


Idziemy dalej prosto i skręcamy w lewo do ulicy Wapping Road, i tuż przed mostem skręcamy w prawo i idziemy wzdłuż rzeki Avon. Przy drugim brzegu rzeki, na zacumowanym statku Thekla namalowane jest znane gaffiti Banksy'ego The Grim Creeper.

Skręcamy w prawo, przechodzimy z powrotem przez mostek, skręcamy w lewo i dziemy wzdłuż brzegu rzeki aż do mostu Refcliffe Bridge. Z niego, możemy obserwować takie właśnie widoki.


Przechodzimy przez most i dziemy w lewo ulicą The Grove street. Potem skręcamy w lewo ulicą Prince Street, i nie przekraczając przez most idziemy w prawo nabrzeżem rzeki.


Dochodzimy do innego mostku Pero's, przechodzimy na drugą stronę. Idziemy dalej prosto do placu Anchor, mijamy Bristol Aquarium, idziemy dalej przez plac Millenium Square, koło Ibis Brisol Centre. Na placu Millenium znajdue się kilka rzeźb, na przykład jedna przedstawiająca aktora Cary'ego Grant'a (urodzonego w Bristolu) oraz rzeźba dwóch piesków w kałuży, Bill and Bob.



Za placem Millenium skręcamy w prawo, przekraczamy ulice Anchor Road, idziemy potem dalej idziemy ulicą Collage Square mijając Bristol Cathedral i idziemy dalej przez park College Green.


Dochodzimy ponownie do ulicy Park Street i skręcamy w lewo. I potem znowu w lewo, ulicą St George Road. Nie omijamy bynajmniej rzeźby hadlarza końmi znajdującej się na podwórzu Brunel House. Dziemy dalej prosto, a porem na rozwidleniu w prawo ulicą Brandon Steep, by potem przejść do ulicy Queen’s Parade.


Skręcamy z ulicy w prawo do parku i idziemy na samą jego górę Brandon Hill, aż na wieżę Cabot Tower i wspinamy się aż na jej szczyt. Przy dobrej pogodzie podziwiamy piękne widoki.

Schodzimy ze wzgórza z powrotem na ulicę Queen’s Parade.


Przekraczamy ją potem dalej przechodzimy przez ulicę St George’s Road, aż do ulicy Anchor Road. Na niej skręcamy w prawo, idziemy ulicą Cannons Way, w dół aż do rzeki Avon. Skręcamy w lewo i idziemy nabrzeżem mijając Llods TSB,

 

później dalej mijamy wielki amfiteatr.

Znowu dochodzimy do mostku Pero’s, przekraczamy go i skręcamy w lewo.


Przechodzimy poprzez Centre Promenade.


Skręcamy w lewo do ulicy College Green, by znowu znaleźć się na ulicy Park Street, ale tym razem wspinamy nią aż na górę. W połowie drogi, tuż ponad ulicą Frog Lane, znajduje się po prawej stronie kolejny sławny mural Banksy'ego Hanging Man.


Wspinając się ulicą dochodzimy aż do City Museum oraz Art Gallery. Skręcamy w prawo ulicą Park Row.


Idąc nią dalej na rozwidleniu skręcamy w prawo ulicą Lower Park Row, przechodzimy przez ulice Colston Street i dochodzimy do szczytu schodów, do ulicy zwanej Christmas Steps.

 

Schodzimy nimi aż do ulicy Rupert Street. Idziemy w prawo, a potem przekraczamy nią by kroczyć dalej ulicą Small Street. Z niej skręcamy od razu w prawo, by wejść w tunel, będący jednocześnie bardzo wąską, jednokierunkową ulicą Leonard Lane (ze znajdującej się na niej Centrespace Gallery).


Wychodzimy z tunelu na ulicę Corn Street, przekraczamy nią by iść dalej ulicą St Nicholas Street, aż do ulicy High Street. Zaraz przed mostem skręcamy w prawow ulicę Baldwin Street, i potem jeszcze raz w praco ulicą St Stephens Street. Z niej dochodzimy znowu do ulicy Rupert Street i skręcamy w prawo, mijając vis-à-vis wyjście z Christmas Stairs, i zaraz potem kolejną rzeźbę, The Cloaked Horseman.


Skręcamy z niej w prawo ulicą Christmas Street i potem skręcamy w lewo ulicą Quay Street, i dalej ulicą Nelson Street przechodzimy przez otwartą galerię murali z takimi dziełami jak: Dog by Aryz.


Skręcamy w prawo ulicą Fairfax Street, dalej w prawo ulicą Pithay, i jeszcze raz w prawo idziemy ulicą Wine Street, która przechodzi w uicę High Street. Dochodzimy do mostu Bristol Bridge i go przekraczamy.


Idziemy dalej ulicą Victoria Street.


Idziemy nią jakiś czas i skręcamy w lewo, w ulicę Church Lane, by przejść koło Temple Church i przez Temple Gardens.


Wychodzimy na ulicę Temple Back street i skręcamy w prawo idą obok straży pożarnej Avon Fire and Rescue.


Skręcamy w prawo w ulicę Passage Street i idąc nią przechodzimy przez most.


Skręcamy w lewo w ulicę Queen Street i dochodzimy do parku Castle Park przechodząc przez niego.


Dochodzimy i przekraczmy ulicę Broad Weir, przechodzimy przez centrum handlowe The Galleries, dochodzimy do ulicy The Horsefair i skręcamy w lewo. Idą dalej, tuż na początku budynku sklepu Primark przechodzimy sekretnym przejściem, schodzami na górą, obchodząc z tyłu budynek i wychodząc na ulicę Union Street.


Idziemy nią w lewo i dochodzimy ponownie do ulicy Rupert Street. Pozostajemy po prawej jej stronie, po to by przejść na drugą stronę ulicy starym i brzydkim mostkiem dla pieszych. Wspinamy się do niego po schodach i mijamy na początku i podziwiamy bardzo długiego kuraka stworzonego przez Andy'ego Council'a.


Przechodząc mostkiem idziemy dalej i dochodzimy ponownie do ulicy Nelson Street i pięknej jej galerii murali, z  the best gallery ever, na przykład z dziełem ROA - Fox.


Idziemy dalej ulicą Quay Street i przekraczamy Saint Augustine’s Parade.


Skręcamy w prawo dochodząc do Colson Hall, dalej ulicą Pipe Lane, potem w lewo ulicą Trenchard Street, dalej przez Frogmore Street, mijając gospodę Hatchet Inn. Skręcamy w lewo w ulicę Denmark Street i mijamy Hippodrome.


Wracamy ponownie na ulicę Augustine’s Parade. Dziemy prawą stroną kanału, przekraczamy go prawa na lewo mostkiem Pero’s Bridge i dziemy dalej przed siebie na skwer Queens Square. Przechodzą przez niego prawoskrętnie dochodzimy skręcamy w lewo do ulicy King Street.


Skręcamy w prawo, potew w lewo, i raz jeszcze w prawo dochodzimy do rzeki. Idziemy w prawo wzdłuż rzeki dochodząc ponownie do mostu Redcliffe Bridge.


wtorek, 04 czerwca 2013
The Old Man of Coniston

Dnia 25 maja wyruszyliśmy z miasteczka Coniston (na wysokości około 100m npm). Pogoda była iście malownicza, niesamowicie bezchmurna.

Idąc dróżką, lekko pod górkę, nieświadomi jakie strome zbocza na nas czekają, podziwialiśmy przyrody uroki,

minęliśmy schronisko yha (następnym razem tam będziemy spać),

idąc przez okolice dawnej kopalni, mijając zalane tunele, po górę i wzdłuż rozpędzonego strumienia, malutkiego wodospadu,

doszliśmy do Levers Water, sztucznego zbiornika.

Dalej

i dalej sie wspinając, nie upadając na duchu,

dotarliśmy do pierwszego szczytu, Swirl How, na wysokości 802m.

Od tego momentu mieliśmy iść tylko granią, trochę w dół trochę w górę. Przemierzając cudowny płaskowyż,

podziwialiśmy widoki, jak z lotu ptaka,

aż w końcu osiągneliśmy, szczyt The Old Man, 803m, idąc już tylko z rozpędu, wycieńczeni tą pierwszą tegoroczną wspinaczką.

Zeszliśmy mijając kopalniane wyrobisko, wzdłuż tego samego strumienia, Church Beck, dotarliśmy do miejsca rozpoczęcia naszej wędrówki.

środa, 01 sierpnia 2012
Tusz

Zwykle się mówiło: "weź szybki tusz", tylko skąd ten tusz, jeżeli to zwyczajny prysznic?

Tusz to inaczej: pruysznic, czyli urządzenie, zwykle w postaci długiej rurki zakończonej sitkiem, montowane w łazience, służące do kąpieli: W rogu campingu znajdował się pawilon z WC, kilkoma umywalkami i tuszami.
Tusz to to również natrysk, prysznic, kąpiel, w czasie której korzysta się z takiego urządzenia: Lekarz zalecił mu, żeby wstawał z samego rana, brał letni tusz i przez dwie godziny spacerował. 

Słowo to powstało od niemieckiego Dusche lub fancuskiego dousche.

Nazwa prysznic pochodzi zaś od nazwiska Vincenta Priessnitza, twórcy wodolecznictwa.

Źródła:
http://slowniki.gazeta.pl/pl/tusz
http://pl.wikipedia.org/wiki/Prysznic

14:40, czokczok , Notki
Link Komentarze (1) »
czwartek, 28 czerwca 2012
chuć

Środa 11/01/27. Damage (1992).

Dr Sephen (Jeremy Irons) na pewnym przyjęciu, pełnym znamienitych gości poznaję Anne (Juliette Binoche), jakby zimną, ale i jakby przyciągającą, jak przepaść. Anna okazuje się znajomą jego syna Martyna. Gdy ten ostatni odwiedza rodziców i przyprowadza Annę, napięcię lekko zinicjowane, niepochamowanie splata Dr Stephena i Annę. Dotąd Dr Stephen prowadził spojokojne życie dojrzałego męża, ojca, brytyjskiego ministra, teraz jednak zapada się, jego podskórne fantazje bezwolnie cieszą się wolnością. Gdy Martyn i Anna są w okresie narzeczeństwa, jego ojciec wynajduje sposoby by spędzić chwile w nienasyceniu, tuż pod nosem własnego syna. Nic nie jest mu w stanie stanąć na drodze wciąż skrytej acz odwzajemnianej pasji, jakby nie kłócącej się zupełnie z nadchodzącym małżeństwem syna.

Czwartek 01/03/12. Cosa voglio di più (2010).

Anna i Alessio to spokojne, pozytywne małżeństwo. On jest złotą rączką, wszystkim pomaga. Z żoną ma przepisowy, podręcznikowy, szanujący się związek. Jest im dobrze. Fakt że jest lekko otyły może obniżać jego libido, ale czy seks jest potrzebny w małżeństwie? Chce przecież mieć z nią dziecko i żyć rodzinnie. Mają jeszcze miłych przyjaciół, a stosunek z nimi jest szczery i rajski wręcz. Anna poznaje jednak Demnico. Przypadkowo się poznają, wcale nie romantycznie. Fakt jednak jest taki, że od razu coś oboje przyciąnęło. Mało ważna jest rozmowa. Moc, przerost, burza hormonów popycha ich ku sobie. Nie są to skryte, wykradnietę pocałunki, ale pełne niezahamowanego pożądania zjadanie się wzajemne. Spotykają się w hotelikach, a przecież Domenico nie jest zamożny. Nie ma pracy i wymyka się niby na basem przed żoną i dzieckiem. Anna zaś stara się zapanować, nie może tak bardzo skrzywdzić swojego męża. Oboje są w potrzasku odstającej od rzeczywistości bajki o niepochamowaniu.

Pewna niedziela. Little Children (2006).

Oto Sarah (Kate Winslet). Mieszka z Richardem, który ma obsesję na punkcie gwiazdy porno, z resztą i tak mało go w domu, ciągle na jakiś zjazdach; wielkiego pożytku z niego nie ma. Sarah sama więc opiekuje się córką. Jest też oto Brad (Patrick Wilson), była gwiazda sportowa. Żona jego Kath (Jennifer Connelly ) jest rewelacyjną dokumentalistką. Piękna jest jego Kathy, ale mało jej w domu, a jak jest, to zmęczona i coż że nadal piękna. Brad więc sam opiekuje się synkiem. Sarah i Brad poznają się na placu zabaw. Sarah jest zaniedbana tak seksualnie jak i uczuciowo, Brad zaś odcięty od sukcesów, przygnieciony sukcesami żony, nie może się w takiej cichej roli znaleźć. Sarah i Brad zaczynają się zbliżać do siebie, przyjacielsko na początku. W końcu popełniają krok większej bliskości, coś się w nich zapala. Dzieci się ich razem bawią, potem idą na dziecięcą drzemkę, gdy oni na pięterku ze sobą niepochamowane zabawy czynią.

14:09, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 czerwca 2012
SZKOCJA

W przeciągu tygodnia, po może zbyt późnym uświadomieniu zbliżającego się długiego weekendu, zaplanowaliśmy czterodniową wycieczkę wgłąb Szkocji. Samochodową, nie pieszą, z noclegiem w hostelach, nie w namiotach. Następnym razem wyciągniemy w końcu ten namiot i nie pokonamy może tyluset mil, ale dojdziemy tam, gdzie nie można dojechać. Wyjechaliśmy z Leeds po 6pm w piątek 1 czerwca. Po półtoragodzinnej przejażdzce, dotarliśmy do Arnside (nad Lancaster) po południowej stronie Lake District. Miasteczko to położone jest w zatoce Morecambe, przy ujściu rzeki Kent, która w bardzo malowniczy sposób rozlewa się ku zatoce. Po zameldowaniu się w yha udaliśmy się, na wieczorny spacerek. 

Wstąpiliśmy do pubu Albion. Spotkałem tam miejscowego barmana o splecionych dredach, który akurat miał wolne, siedział przy boku dziewczyny i miescowego grajka, pieśniaża pieśni turystycznych, a poznałem go kupując smakowite ales. Dredziaż okazał się być potomkiem Polaków. Babka jego uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim. On zaś nosił nazwisko Rodowicz i miał świadomość rzadkości tego nazwiska w Polsce, jak też słyszał o posiadace takowego, o naszej pieśniarki Maryli. Wypiliśmy smaczne dwa ales'y przy muzyce miejscowego trubadura i po godzinie takiej spokojności wróciliśmy do hostelowego pokoju. Mały był i przytulny. Zjeliśmy zbyt późną kolację i położyliśmy się spać gotowi na czarującą Szkocję zerkającą zza następującego poranka.

Obudziłem sie o 5am. Marta przez myśli gmatwaninę spać nie mogła. Wzięła tuż po świcie prysznic, a potem dosypiała. Ja spokojnie zaczytywałem się w tygodniku. Wyjechaliśmy o około 10pm, zaraz po śniadaniu spożytego na podłodze. Kierunek Stirling. Wcześniej dosyć, bo już po przed 1pm dotarliśmy do Edynburga, naszej stacji przystankowej z atrakcjami.

 


Tamteż po zaParkowaniu udaliśmy się starym miastem do City Art Centre. Myślałem, że było to tym miejscem tkniętym sztuką, którego szukałem, gdzie chciałem dotrzeć. Jednak po rozczarowaniu obrazkami, które mnie wcale nie tknęły (mimo, że była to sztuka nowoczesna), wracaliśmy, ja wyrażnie szurając smutnie nogami, gdy nagle okazało się, że pomyliłem dwie galerie i tak w pełni radości znaleźliśmy się przed Scotish National Gallery


A tam cuda, Botticielli, El Grecco, Leonardo Da Vinci,


Warto było z piękną sztuką się zetknąć, światową jak i ponownie włoską. Po nasyceniu wróciliśmy spacerem 




po samochód i pojechaliśmy mostem do Deep Sea. Jest sławny z powodu najdłuższgo podwodnego tunelu ale na tym chyba się kończy jego niezwykłość. 



Może to największę akwiarium w Szkocji, najdłuższy tunel, ale na pewno gorsze niż najpiękniejszy The Deep w Hull, niepodważalnie niezrównany. Mieli tu nawet dwie foki, ale zachowywały się jak dwa kondory Zoo Oliwskiego, zapuszczone, zapomniane, łyse. Pojechaliśmy na miejsce wypoczunku, syha Stirling, w mieście na wzgórzu, o stromych ulicach, możliwie jak i inne szkockie miasta, czego mamy w późniejszym czasie potwierdzenie nadzieje odnaleźć. Po pojawieniu się w hostelu poszliśmy na spacerek. 


Tam na górce miasteczka zameczek jest, a obok malowniczy cmentarz z interesującą piramidą.  Po przejściu przez tonący w słońcu cmentarz, 



weszliśmy poza mury, stare mury miasta i poszliśmy wzdłuż nich, w dół, aż do pomnika Rob Roya. Potem na małe piwko, które niestety sikaczem było. Ale i tak miło było i z weselem spokojnie zasnęliśmy.

W niedzielny poranek wyruszyliśmy ze Stirling na północ, do Loch Ness. Po drodze, koło Callander, wysiedliśmy przy lasku który okazał się Gajem Królowej Elżbiety (Queen Elizabeth Forest Park), taki mały rezerwat z przepływającą rzeką zeskakującą wodospadami. 



Dalej zatrzymaliśmy się przy Loch Lubnaig



Przejeżdżaliśmy koło gór wysokich, oraz jezior długich, Loch tu Loch tam. 





Na przykład wyjątkowo zjawiskowe jest Loch Ba, wyglądające jak mokradła, posiadając małe wysepki, plamki zieleni, które przeplatają się z błękitem jeziornym. Dojechaliśmy, dojrzeliśmy Loch Ness przejeżdzając przez Fort Williams i Fort Augustus



Tamteż naście lat temu przepływaliśmy kanałem kaledońskim. Po drodze zjedliśmy kaszy kuskus, a resztkę gryczanej kaszy w krzaki zwierzątkom daliśmy. W Augustus zdjedliśmy rybkę z frytkami. Wracając przez równie malowniczą, bo tą samą drogą, niemogliśmy się nadziwić widokom, niemogliśmy ścierpieć, że nie zaplanowałem zwyczjajnie jakoś przechadzki kilkugodzinnej przez te piękne górzyska. 



No i dojechaliśmy do Loch Lomond



a na jego południu, do kolejnego syha, umieszczonego w starej posiadłości, zajazdu, zameczku. Drugi raz się w szkockim syha nie zawiedliśmy. Mały zameczek Auchendennan pełniący rolę hostelu. 



Zrobiliśy ponad 200 mil jednego dnia.

W poniedziałek wyjechaliśmy przed 10am opszuczając  zameczek nad Loch Lomond, jadąc w kierunku Glasgow



Puste ono, szare jakieś było, wyludnione, lub przynajmniej nietłumne. Pierwszą atrakcją był Kelvingrove Art Gallery. Piękne i szacowne obrazy i rzeźby są tam zebrane, 





muzeum starożytnego Egiptu, zwierzęta wypchane, eksponaty różnorakie, ułożone koncepcyjnie, nie gatunkowo, ale względem, wielkości, jadowitowości, szybkości, mimikry. Obrazy zaś przedstawione w otoczeniu powiększeń i wytłumaczń, by pomóc odwiedzających zrozumieć je. Van Gogh, (Gaugin, Pizzaro), Matise, (Rembrant, Monet), Dali z Chrystusem. 



Spędziliśmy tam aż dwie godziny. Następnie skoczyliśmy do Riverside Museum


muzeum transportu. Oglądaliśmy lokomotywy, autobusy, rowery, samochody, statki, powozy. Nowe muzeum, widać że całkiem niedawno powstałe, nowe ekspozycje, nowy design, budynek jak fala, tory pofalowane, rzeka zakolająca się. Na koniec Gallery of Modern Art. Trochę nas zawiodła. Niewiele tam było, jeno ogromne ciasto z trocin i jakieś obrazki, słabe raczej, niedotykające. 



Pożegnaliśmy więc dziwne to Glasgow, takie jakieś niepoukładane. 



Wyjechaliśmy w kierunku ostatniego noclegu, do New Larkhill, pięknym miasteczkiem nad rzeczką. Tam, po zalogowaniu, poszliśmy na spacer godzinny i było cudownie. 



Wodospady, zieleń, coś jak Inglengton. Później do łóżka z piwkiem imbirowym, nas nas sen zmożył i dzień nam się skończył.



Obudziliśmy się o 9.30am. Szybko spakowaliśmy się zaspani, gdyż pozostało nam 30 minut na "wylogowanie się". Udało się. Małym spacerkiem nad rzeczką powitaliśmy dzień i ruszyliśmy na południe, do domu. Po drodze, zakolem, zajechaliśmy do zamku Caerlaverock koło miasta Dumfries. Zamek ów jest niestandartowo trójkątny. Przeszliśmy się wokół niego, odwiedzając ruiny po pierwszym, mniejszym zameczku, a gdy zaczęło mżyć, pożegnaliśmy się grzecznie.

No i pojechaliśmy w kierunku Leeds. Jeszcze przed wjazdem na autostradę mućki nam drogę zaszły i spokojnie poczekać należało by one sobie z poastwiska, na pastwisko przeszły. 



Szkocję słoneczną żegnaliśmy angielskim deszczem, które się nad Yorkshire rozpostarło. Przejechaliśmy, gdyby nie liczyć trasę bez wycieczek zakolnych, ponad 500 mil. Następnym razem innaczej ją przeczeszemy.

wtorek, 22 maja 2012
Ptaki ze wschodu

Poniedzialek 11/10/10. Survive Style 5+ (2004)
Film sklada sie z pięciu bardziej lub mniej surrealistycznych historii nawzajem poptrzeplatanych. W pierwszej mężczyzna, za kazdym razem gdy po raz kolejny zabija swoją żonę, zakopuje w ciemnym lesie, gdy wraca do domu, ona go wita bez słowa, za każdym razem piękniej ubrana, wymyślniej, tak jak i urządzenie domu które urzadza za kazdym razem wysmieniciej (zwrócić szczgólną uwagę należy na urodę aktorki ale i piękny wystrój domu, kolorystykę, kompozycje, ogólną estetykę), poto tylko by zaraz odpłacić mu się po dwakroć gorzkim, za co on po raz kolejny musi ja zabic. W drugiej trójka młodych włamywaczy żyje od włamania do włamania, tyle ze miedzy dwojgiem z nich iskrzy dziwna wibracja ie do konca werbalizowana. Trzecia opowiada o szarym pracowniu biora, glowie rodziny, zwyklej ,prostej, którym się nie przelewa, ktory zabiera rodzinę na pokaz himpnotyzera, który to (nie)szczęśliwie wybiera go na kandydata, i pozostawia go w zahipnotyzowanym stanie. W czwartej kobieta pracująca w reklamie co krok nawiedzana jest coraz bardziej chorymi wizjami, jak na przyklad spolkowanie krewetki z krabem ktore to rodzi nowy smak. Piata laczac wszystko jest historia bióra zabójstw na zlecenie, które odwiedza płatny zabójca z Anglii, ktory jak czarny aniol pyta się o cel życia napotkanych osób, o sens ich istnienia.

Sroda 11/08/10. The Bird People in China (1998)
Japoński biznesmen zostaje wysłany do bardzo odległej chińskiej wioski w celu zawarcia korzystnej tranzakcji w wydobyciu szczególnych kamieni szlachetnych. Niestety kolega którego on zastępuje nie infomuje go o zawartej wcześniej umowie, układzie z jakuzą. Tak oto ląduje w coraz głębiej nieucywilizowanych rejonach Chin starając się przetrwać z niechianym towrzystwe czlonka Jakuza. Im bardziej oddalaja sie miast tym więcej tajemnic, więcej pozostałości po legendach, zagubionych opowieściach bedzie ich doswiadczac. Zamiast dojść do właściwego celu swej podróży zostają przez los skierowani do wiostki gdzie potomkini tajemniczego człowieka, który przybył z nieba uczy latać miejscowe dzieci. Zna niestety tylko część tajemnicy latania, która jest niewystarczająca do pełnego oderwania się od ziemi, szybowania. Jakuza owladniety legenda doznaje olsnienia; chce zerwac z cywilizacja trzymajac ja zdala od wioski i posiąść tą wiedzę ludzi ptakow.

Poniedzialek 12/02/06. Silent Wedding (2008)
Pięknie przedstawiona historia rumuńskiej wioski, w której to dochodzi do pięknego wesela przerwanego śmiercią Stalina. Mara i Iancu mają się nierozłącznie ku sobie i by zaorzestać waśni jaka się rodziła między ich rodzinami z racji gżdżenia się bez ślubu po katach postanawiają się pobrać. We wiosce tej naczelnik, który uważany jest za totalnego idiotę, z sily wyzszej narzucownej przez Zwiazek Radziecki, naklada narodowa zalobe ktora zakazuje wszelkich zgromadzen, zabaw, (a nawet pogrzebow, gdzie pogrzeb ojca narodow jest jedynym wyjatkiem). Przed autorytetem towarzyszacym naczelnikowi idiocie mieszkancy sie uchylaja, po to tylko by w calkowitej ciszy urzadzic jednak wesele. I tak oblozywszy szklo szmatami, jedzac rekoma by stuce nie dzwonily, przed niema orkiestra odbywaja nieme wesele.

13:39, czokczok , Film
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 maja 2012
11/04/12 - Peggy Guggenheim

Poranek obudził nas deszczowy. Ostatni dzień i taki brzydki. My jednak ciutkę się cieszyliśmy. Wszak nie padało cały tydzień. Wstaliśmy nieco później gdy deszcz trochę sobie zelżał. Cel był tylko jeden. Galeria sztuki Peggy Guggenheim. Z Piazzale Roma poszliśmy wzdłuż Rio Malcalton, przez Rio Novo, Calle Ragusei, Campo Dei Carmini,

przez Rio Malpaga, Calle Eremite, Della Toletta

i na końcu od tyłu obcjodząc Muzeo Accademia. Z tego miejsca zaczęły się zagęszcząc małe galerie, i czuć było, że zbliżamy się do tej szczególnej, tej najciekawszej. Przekraczając Rio di San Vio, przez Fondamenta Venier doszliśmy już w małej mżawce.

Gdy kupiliśmy bilety zaczęło coraz mocniej padać. Gdy już byliśmy w środku, Wenecja zalewana była już ulewnym deszczem.

Galeria u Peggy jest bardzo ciasnawa, zagospodarowana wyraźnie w byłej willi. Chodzi się po wąskich korytarzach, pokojach, gdzie każda płać ściany jest cudownie dotknięta sztuką, małym obrazkiem formatu A5 do wielkich obrazów, rozciągniętych formatów A0. Dzięki jej odziedziczonemu bogactwu, związku bliższym (była żoną Maxa Enrsta) i dalszym z artystami, stała się ich mecenasem, możliwością wypłynięcia na powierzchnię popularności, cieńkiej błonki bariery jaka dzieli artystów żyjących w ubóstwie od tych którzy popularnością się karmią (tak na przykład wypromowała Jacksona Pollocka). I tak Kadinsky, Capek, Malevich,

Pollock, Ermst, Modigliani,

oraz tacy, których dopiero poznałem, Boccioni, Severini, Marcoussis,

Magritte, Tanguy, Bonalumi,

Parmeggiani, Brauner,

upiększały nasze dusze. Gdy wychodziliśmy z galerii nadal padało. Nie mieliśmy już siły by w deszczu chodzić i równie raźno jak wcześniej przechadzać się po Wenecji. To był dzień już ostatni pochłaniania jej uroków. Jutro tylko poranek nam został, autobus na lotnisko i wszystko. Deszcz nas zmoczył; obeschnąć musieliśmy. Po odczekaniu udaliśmy się na trzecią i ostatnią wizytę w naszej "osiedlowej" Pizzeri Al Calesse i po raz kolejny mogliśmy pieścić nasze podniebienia tak jak wcześniej oczy.

07:52, czokczok
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48