Kategorie: Wszystkie | Dawno przeczytane | Film | Notki | Składanki | Wycieczki
RSS
wtorek, 13 czerwca 2017
Majorka, dzień piętnasty - Palma
Wyszliśmy po 11. Piechotą poszliśmy do zamku Castell de Bellver



Wspieliśmy się na mury. 



Potem poszliśmy na kawę. Wspinaczka z dojściem zajęła nam godzinę. Zejście nieco krócej. I jak wcześniej bywało, natknąłem się na kolejne, ciekawe murale, takie



i owakie



Przed 14 usiedliśmy w La Bodega w mieście, na tapaski, 18 tapasów do podziału na troje. Marta i Miki poszli na kwaterę a ja jeszcze do Eroski skoczyłem. Przed wieczorkiem jeszcze z Martą poszliśmy na spacer. Trafiliśmy po drodze do galerii. 



W cukierni kupiliśmy zapiekane pastries i lody o wyszukanych smakach, lukrecji, gorzekiej czekolady i chili.
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Majorka, dzień czternasty - Palma

Po śniadaniu spokowaliśmy się i juz o 10 30 ruszylismy z powrotem do PalmyNa początek, zajechaliśmy odwiedzić Fundacio Pilar i Joan Miro


Dom gdzie tworzył Miro. Można było tam na własne oczy zobaczyć jak z projektów który wyglądają jak bazgroły powstały jego obrazy i rzeźby. 


Potem usiedliśmy na kawce. Zajechalismy na parking w cetrum i z bagażami poszliśmy na kwaterą do Adriany. Potem zostawiliśmy wszystko u niej i po 14 poszliśmy przestawić samochód. Region darmowych parkingów znaleźliśmy kawałek dalej na północ od centrum miasta. Zostawilismy samochód i wracaliśmy około pół godziny miniut przechodząc przez biedniejsze uliczki, napokając dzieła poznanych już graficiarzy:


Wbijając się w cetrum od strony północnej doszliśmy do placyku koło naszego mieszkanka, i zjedliśmy coś w Bar Coto


Ślicznie restauracyjka wystrojona na cześć Fridy Kahlo. Zupki, sałatki, ryż, krewetki, spaghetti, dania lekkie. Do tego drink, soczek i piwko. Zabraliśmy Mikiego do pokoju a sami po 16 przeszliśmy się po mieście. 

Wracając trafilismy na procesję wielkanocną. W końcu zobaczyliśmy na własne oczy co nas ominęło w miasteczku Felanitx, gdzie procesja zaczynała się późno po ósmej wieczorem.


I tak zakończyliśmy dzień w Palmie, spędzony na dziełach sztuki muzealnych jak i ulicznych.




piątek, 09 czerwca 2017
Majorka, dzień trzynasty

Po śniadaniu chcieliśmy się przyjrzeć Parc Natural de Mondrago, ale okazało się to nieokazałym parkiem, wręcz średnim zarośniętym obszarem. Pojechaliśmy dalej, do Santanyi


Przeszliśmy się po miasteczku. Ruszyliśmy potem do następnego, do Portopetro


Przy porcie jachtowym wstąpiliśmy na ice cafe i soczek. Następna na liście do odwiedzenia okazała się plaża Santanyi, zwana po prostu Cala Santanyi. Okazała się śliczna. Poleżeliśmy na słoneczku chwilkę, dając się ochłodzić się wietrzykiem. 


Po południu ruszyliśmy w poszukiwaniu restauracji. Pojechaliśmy do Cala Figuera. Obeszliśmy całą tą bajeczną przystań w koło i zatrzymaliśmy się w Sa Arcadia


Jedzenia było dużo i było wyśmienite. Po 16 pojechaliśmy szukać dojścia do jaskini, którą wypatrzyliśmy z tarasu restauracji na przeciwległym brzegu zatoki. Niestey nie znaleźliśmy tak oczekiwanego zejścia. Zapewne dochodziło się do niej z prywatnej posiadłości. Po drodze jeszcze zachaczyliśmy koło Torre D’en Beu i pojechaliśmy do domu.


czwartek, 08 czerwca 2017
Majorka, dzień dwunasty - Cala Lombardos

Po śniadaniu spakowaliśmy się i gdy dzwon kościelny wybijał 11 rano, zdaliśmy klucze i opuściliśmy Casa de Gaudi. Pojechaliśmy do Cala Lombardos, do naszego kolejnego noclegu. O 12 serdecznie przyjął nas Juan. Zostawiliśmy bagaże i pojechaliśmy nam morze koło Calo des Moro


Scaliste wybrzeże, wulkaniczne skały. Posiedzieliśmy chwilkę i pojechaliśmy na zachodnie wybrzeże (tego jak Indyjski półwyspu). Dojechaliśmy na plaże miasteczka Colonia de Sant Jordi. Posiedzieliśmy w słońcu, pobrodzilismy w wodzie. Przedtem poszliśmy na lody. Potem, po 2pm usiedliśmy na obiad do Pep Serra. Przed wieczorem z Martą pojechaliśmy szukać dojścia do plaż zachodnio południowych. Wszystkie jednak drogi na zachód wzdłuż jedynej drogi pólnoc-południe były ogrodzone. Dojechaliśmy do latarni na samym końcu, na samym południowym krańcu, do El Faro De Ses SalinesPospacerowaliśmy chwilikę. 


Wracając zatankowaliśmy, wstąpiliśmy do Eroski po m.in. Tinto de Verano Don Simon Clasico, podwieźliśmy dwóch niemieckich autostopowiczów i wróciliśmy na kwaterę.

środa, 07 czerwca 2017
Majorka, dzień jedenasty, Coves del Drac.

Wyjechaliśmy po 11 i na 12 zdążyliśmy kupić bilety do Coves del Drac (skraplanie się wód). Na szczęście przed wyjazdem upewniłem się do której z dwóch jaskiń miasteczka Porto Christo należy jechać. Okazał sie, że druga, ukrywająca swoją prawdziwą nazwę Cuevas dels Hams pod nieczytalnym logo, podszywa się po tą największą, najbardziej okazałą. Najpierw czekałą nas długa kolejka, potem schodzenie w dół po okazałych przestrzeniach wypełnionych zwyczajowo stalaktytami, stalagmitami, stalagnatami. Jednak tu wszysto było monstrualne, przestrzenne. 


Na samym dole, nad podziemnym jeziorem Martel, usiedliśmy na widowni, i po chwili podpłynęła podświetlona łódka kwartetem w składzie harmonium, wiolończeli i parą skrzypiec. Zagrali trzy klasyczne kawałki, przepływając z prawa na lewo i z powrotem. Wszystko było iście oniryczne. Mogliśmy się potem dać przewieźć podobymi  łódkami, ale ludzi czekających było zbyt wielu. Poszliśmy dalej piechotą, w górę schodami, nadal wśród skalnych tworów, aż do wyjścia, które oryginalnie był wejściem do jaskini. Uwieńczone jest ono skałą przypominającą smoka, który, według legendy, strzegł skarbów ukrtych w jaskiniach.

The first recorded mention of the Dragon Caves Mallorca took place in 1138—though the name Drach wasn’t seen in until 1632. The first map was created two centuries later, shortly before Jules Verne featured the caves in his book Clovis Dartetor.

Zjedliśmy po jabłku i pojechaliśmy na plażę w okolicy Bar Playa, tuż ponad Cala Bona, tłumnie zaleganej plaży. 


Celowo na odlludziu chcieliśmy posiedzieć. Wiało niestety ze bardzo by plażować. Poszliśmy więc coś zjeść do tego Bar Playa. Marta szprotki zamówiła, Miki lazagnie a ja rawioli z krewetek. DO tego piwko, sangria i soczek. Zjechaliśmy potem na półudnie nad małą plażę w zatoczce Cala Sa Nau


Posiedzieliśmy, Marta się pomoczyła a Miki i ja popływaliśmy. Głowy nawet nie zmoczyliśmy. Godzinkę tam spędziliśmy lub dwie. Po 5pm ruszyliśmy z powrotem. W domu wykąpalimy się  i odpoczęliśmy chwillkę. Po 7pm przeszliśmy się z Martą na spacer.


Chcieliśmy zobaczyć procesję wielkanocną [drogę krzyżową] która miała się odbyć o 8pm. Niestety jednak rozpoczynała się mszą więc darowaliśmy sobie.


wtorek, 06 czerwca 2017
Majorka, dzień dziesiąty, Felanitx

Po śniadaniu wyjechaliśmy zopuściliśmy Alcudię. Przejechaliśmy się północnym wybrzeżem aż do plaży Cala Na Clara za miejscowością Betlem.


Posiedzieliśmy tam godzinkę. W wodzie płytkiej, zimnej, ale klarownej pobrodziliśmy sobie, poczym zebraliśmy się i zawróciliśmy na drogę na południe i przez miasteczko Manacor dojechaliśmy do Felanitx. Zostawiliśmy samochód i poszlismy odnaleźć skrzętnie skryte lokum. Gaudi Mansion, tak się nazywała nasza miejscówa. Skrzypiące, żelazne drzwi otworzył nam syn włąścicielki Carmen, typ starego kawalera mieszkającego z matką. Dom w środku wyglądał jak muzeum. 


Poszliśmy po resztę bagaży. Potem wróciliśmy przeparkować samochód do darmowej strefy. Przechodząc przez Plaça de sa Font de Santa Margalida doszliśmy na Placa Espanya do restauracyjki Bar Ca n’Ussala


Zjedliśmy 4 tapasy i dwie sałatki. 

Pod koniec dnia poszliśmy na przechadzkę po uliczkach miasteczka.


Po drodze znaleźliśmy dwa niesamowite murale (które z czasem będą i były zamalowane przez inne), homara i nowo narodzonego dziecka, obrazy jak wyrwane ze świata H.P.Lovecrafta.


niedziela, 04 czerwca 2017
Majorka, dzień dziewiąty - 9 kwietnia - Przerwa w Port d

Ten dzień spędziliśmy na miejscu. O 12 zeszliśmy na otwarty basen osiedlowy, poleżeć, poczytać. Po 1pm poszliśmy na spacer, na plażę i wzdłuż plaży. Wstąpiliśmy na obiad do chińskiego bufetu Casa del Dragon: taniej, więcej, całkiem nawet smiacznie, ale pewnie jakościowo, tak jak cena, nisko. Wróciliśmy do pokoju przed 4pm. Później tylko jeszcze skoczyłem po piwko i lody do sklepu, ale regionalnego, a nie firmowego SPAR, przywiezionego dla Anglików. W Angielskim dostać można bezpieczne produktu dostępne w Angli, z dodatkiem kilku pamiątkowych produktów z Majorki. W regionalnym zaś sklepie dostać można to co tubylcy kupują, regionalne smaki, codzienności Majorki.


środa, 17 maja 2017
Majorka, dzień ósmy - Formentor

Po 11 pojechaliśmy na zachód, na Cap Formentor. Zatrzymaliśmy się przy małym punkcie widokowym.

Później dojechaliśmy na sam czubek Formentor, aż do latarni. Tłumy ludzi tam stało, siedziało. Jadąc na szczyt mijaliśmy wiele grup rowerzystów. Ale przy latarni zabrała pierwsza jaką widzieliśmy na Majorce grupa motocyklistów. Jedyne zmotoryzowane jednoślady jakie widywaliśmy wcześniej to były skutery.

Zjechaliśmy z powrotem na południe i zatrzymaliśmy się na skrytej między skałami plaży, Cala Figuera. Zostawiliśmy samochód na parkingu i poszliśmy stromą górską scieżką do plaży. Posiedzilismy chwilkę.

Podczas gdy zwykle na plażach znaleźć można jedynie owalne kamienie, niespoykanie dużą część stanowiły tutaj kamienie podłużne, obłe. Nazbierałem kilka do kolekcji. Ruszyliśmy z powrotem. Zatrzymalismy się po drodze przy głównej grupie wijącego się skupiska punktów widokowych, Mirador de Mal Pos.

Kupiliśmy sobie lody. Przeszlismy się i ruszylismy dalej. Dojechaliśmy do Port de Pollenca. Zaszlismy na placyk i w Casa Vila zjedlismy obiadek. Na szczęście zdążyliśmy przed 16. Między 16 a 19 większość restauracji ma przerwę. Wrócilismy do naszego studia. Zostawiliśmy Mikiego i przeszliśmy się z Martą na plażę. Okazała się całkiem spora i ładna, nie jak okolica, upstrzona tanimi sklepikami dla turystów. Wielu przestrzegało nas przed odwiedziem Magaluf, gdzie zbierają się wszyscy angielscy turyści, gdzie huczy tania impreza, plastik i wiocha. To miejsce najbardziej z odwiedzanych miasteczek skojarzyło mi się z opisami Magaluf, dlatego ucieszyła na zwyczajnie ładna plaża.

niedziela, 14 maja 2017
Majorka, dzień siódmy - z Soller do Alcudia

Opuściliśmy Soller. Przejechaliśmy tuż koło opactwa Lluc, ale oparliśmy się jego urokowi; nie przyciągnęły nas ani tłumy sędziwych turystów, ani tłumy cyklisów. Zatrzymaliśmy się za to jadąc dalej na północ, w miejscowości Pollenca. Poszliśmy na kawkę. Przeszliśmy się po miasteczku.

Wspięliśmy się po 365 schodach, po Calvari Staircad, aż do kapliczki. To jedno z lepszych pomysłów tradycji katolickich, tworzyć strome wejścia w celu umęczenia ciała i jego zwycięstwa nad duchem, w sam raz dla tych co lubią wspinaczki. Zawsze to atrakcja po spacerach po li tylko uliczkach.

Zeszliśmy z powrotem. Wyjechaliśmy.

Dojechaliśmy do Port d’Alcudia przed 3pm. Trochę pokluczyliśmy szukając naszego aprtamentu.  Okazał się ono tylko studiem z aneksem kuchennym w sypiącym się, starym wieżowcu. By odzyskać morale, zebraliśmy się po 16 i pochaliśmy do miasta Alcudia, odwiedzić stare miasto.

Spacerowaliśmy po uliczkach szukając restauracji, ale wszystkie były albo jeszcze zamknięte, albo za drogie. W końcu, po 18, usiedliśmy w jednej, tuż pod murami miasta, Cervecerria Santa AnnaZamówiliśmy sześć tapasów. Było drogo, ale było też wyśmienicie. Wypiłem sobie pierwsze craft beer na Majorce. 

sobota, 13 maja 2017
Majorka, dzień szósty

Ruszyliśmy jak to w zwyczaju naszym, przed 11. Dojechaliśmy do Fornalutx. Przeszliśmy się po malowniczych uliczkach,

przepełnionych roślinami doniczkowymi, ustawionymi pod oknami domów. Zatrzymaliśmy się na kawcę małym placyku.

Potem przeplątując się przez ulice miasta Soller wyjechaliśmy na południe trzy kilometrowym tunelem, płatnym niestety. Skraca on drogę na południe od Soller prawie o połowę; zamiast wspinać się i stromo sepentyną zjeżdżać, można ten odcinek pokonać prostym jak strzała tunelem. Zaraz przy wyjściu z tunelu znajduje się Jardines de Alfabia, ogród stworzony na podobieństwo raju. Bilety trochę drogie, ale park jest bardzo malowniczy, z rzadko spotykanymi roślinami.

Zamiast tunelem, drogę powrotną pokonaliśmy stromizmami. Dojechaliśmy do Soller, w końcu. Siedzieliśmy póki co tylko w porcie miasta Soller. Teraz jednak odwiedziliśmy to malownicze miasto. Zjedliśmy przekąskę w Oasis Bar, restauracji umiejscowionej w ogrodzie, ze stolikami stojącymi między palmami. Tuż przez jego bramą przejeżdżały co jakiś czas charakterystyczne czerwone tramwaje miasta Soller.

Potem przeszliśmy się po miasteczku. Wróciliśmy do portu, na plażę. Posiedzieliśmy chwilkę, poszliśmy sobie na lody i wróciliśmy do naszego apartamentu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10